kraina-deszczowcow blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 2.2008

Malinowi przylecieli na obiado-kolację czekając na nasz powrót z pracy pod drzwiami, biedaki zmarznięte. Nasza to była wina bo robilismy zakupy supermaketowe rownież na nasza jutrzejszą wycieczkę do Edynburga i trochę nam sie przeciągnęło.
Tamcio postanowił zrobić coś łatwego ale treściwego i zdecydował sie na „Fish pie”, czyli zapiekaną rybę.
Kilogram Haddocka czyli dorsza kroi sie na kawałeczki i zalewa mlekiem. Podgrzewamy na małym gazie przez 10 minut. W tym czasie pół kostki masła rozpuszczamy w misce i dodajemy tyle mąki żeby konsystencją przypominało gestą śmietanę. Wlewamy masę do podgrzanego mleka z rybą i zagotowujemy ciągle mieszając aż zgęstnieje. Obieramy pół kilograma ziemniaków i kroimy na plasterki i gotujemy ale tylko do momentu kiedy zaczynają byc półtwarde. Masę z garnka przelewamy do żaroodpornego półmiska i przykrywamy ją plasterkami ziemniaków. Wstawiamy do piekarnika na około czterdzieści minut i podajemy na stół.
Dobre to i syte. Można wrzucić do ryb owoce morza: kraby, krewetki i tym podobne. Troche ubarwi talerz.
Malinowa zaprosiła nas na Szczawiową w przyszłym tygodniu. Ciekawi mnie czy Tam polubi.
Dzisiaj uciekam, spróbujcie przepisu, bo warto. Pozdrawiam.

Tamcio ma urlop wiec z nudów zapewne uczy sie Polskiej kuchni. Zaskoczyl mnie pytaniem jak właściwie po naszemu nazywa się ”Grandfather Soup” bo on ma cos takiego w ksiązce… No i zabij mnie nie wiem. Po zobaczeniu efektu na wlasne oczy skonstatowałam, że to najzwyklejsza Cebulowa jest, tyle ze z kluskami.  Dobra mu wyszla. Lekka i treściwa. Co do ksiązki to może i fajna, ale nazy są… nieadekwatne.

Na drugie bedzie gulasz. I tu zrobił nam się domowy konkurs. Do tej pory mistrzynią w robieniu wszelakich rodzajów byłam ja, a tu Tamcio postanowił mi zaimponowac i zrobic jak Bóg przykazał Gulasz Wegierski z knedliczkami. Tu przypominam towarzystwu ze knedliczki jakkolwiek czeskim są wynalazkiem to ma je w menu cała środkowa europa od Bałkanów po Estonię. Na razie z kuchni dochodzą grożne okrzyki (knedliczki robi pierwszy raz! hehe), ale pachnie znakomicie. Ja do Gulaszu normalnie wrzucam pomidory, marchewkęi kolorową paprykę. Ten przepis mówi tylko o zielonej i ostrej czerwonej. Poczekamy, zobaczymy.

Z kolei ja odkryłam dzisiaj smak prawdziwej Lemoniady. Kupilismy w Sainsburym. Ciekawy smak.. Bardzo odświeżający. Polecam.
Idę sobie teraz popatrzeć co on tam cuduje. Mam nadzieje, że zrobiłam wam smaka!

Malinka ugościła nas wczoraj żurkiem i makaronem w sosie grzybowym z kurczakiem. Można od razu zacząć bić brawa bo było to zrobione pierwsza klasa. W tym kraju zrobic dobry żurek to jest trudna sprawa, ale przy odrobinie inwencji i wyobraźni można. Malinka już kilka miesięcy temu nauczyłam mnie jak się żurek robi, bo będąc młodą i niezależną panienką (sic!) do kuchni w domu rodzinnym nabożeństwa nie mialam i  wchodziłam tam tylko pozmywać. Tamcio polską kuchnię wielbi wręcz co wszystkich z początku napawało zdumieniem. On wie co dobre, sprzeczać się nie ma sensu. Polska kuchnia jest różnorodna i ciekawa. Prym wiedzie barszczyk czerwony i Tatowe gołąbki. Te gołąbki próbuję kopiowac, ale moj mąż twierdzi, że takich jak Tata robi w życiu mi się nie uda i pozwala grzeszyć tylko dlatego że rodzice aktualnie są pięć tysięcy kilometrów stąd. Niech no tylko zaś przyjadą (obiecuje sobie Tamcio) będzie uczta i wyżerka.
Abstrachując od kuchni. Ludzie mówią że pojawienie się dziecka wywraca zycie do góry nogami. A ja sobie dzisiaj uświadomiłam, że owszem dużo zmienia ale raczej dopełnia układankę. Udało mi się ułożyć sobie życie w sam czas i po kolei. Myślę sobie, że dziecię teraz będzie fajnym zamknieciem kręgu. Wisienką na torcie.
Kopie mnie już. Zaczęło wczoraj. Jak ja na to czekałam!!!

Postanowilam ruszyć się wreszcie i zrobić prawo jazdy. Jeździć umiem, tylko ten test. A tak serio to muszę sobie przypomniec jak, bo owszem jeżdziłam ale jeszcz w Polsce. Kierownicy w ręku nie mialam ze trzy lata. No i oczywiście po tutejszej stonie drogi. heh. No nic. Kasieńka (moja siostra świeta) przysłała mi ksiązkę z owymi testami i własnie przystępuje do boju. A’propos boju. Jako ze jestem zakamieniałą fanką Celticu, dzisiaj oglądamy mecz u Malinowych. Artur Boruc ma dzis urodziny. Prosze wypić jego zdrowie przy okazji. W związku z powyższym nie planujemy dzisiaj gotowania. Tamcio lata jak z pieprzem załatwiając moje sprawy, toteż mając litość dla niego obejdziemy sie pizzą.
Jeśli chodzi o kuchnię to dostaliśmy w prezencie fajnie wydaną ksiąkę kucharską, po angielsku z przepisami polskimi, ukraińskimi i bawarskimi. Bardzo pięknie ilustrowaną i ku mojemu zaskoczeniu znalazłam tam nasz ukochany warszawski Tort Migdałowy. Jak od Bliklego. Tytuł jesli chcecie i autora podam, bo moze ktoś by chciał też zakupic.
Tymczasem jak juz wspomnialam Malinowi mają dzisiaj nalot. Celtik wygra. a Barca niech sie powiesi.
Tymczasem!

Skargi same niewdzięczne wczoraj słyszałam. Że to niby za dużo bylo, że trawienie nienadąża i w ogóle że to tak nie można. Otóż oświadczam, że można i nawet czasem trzeba obeżrec sie nieprzytomnie jako i napić także. Od dawna marzy mi sie uczestnictwo w prawdziwej Sarmackiej uczcie – a to tylko namiastka była!…
Drugie danie, a właściwie posiłek główny to były steki. Krwiste, piękne prosto od lokalnego Butchera (rzeźnika po naszemu).
Kawały mięsiwa zostały najpierw zamarynowane w oliwie z oliwek, soli morskiej i pieprzu ziołowym i odstawione na dwie godziny. Jesli podajemy je Naszym Przyjaciołom zawsze zapytajmy jak lubią żeby były podane. Jedni lubią krwiste (po 3 minuty pod grillem z każdej strony) inni zrobione na zelówkę (wydłużamy czas pod grillem, przekładając z boku na bok co kilka minut). Wrogom mozna dać jakkolwiek i tak powinny stanąć im w gardle.
 Do mięsiwa ZAWSZE podajemy sos. Tutaj inwencja twórcza może nie miec granic.
Tym razem Tamcio zrobił sos z czerwonej cebuli w winie z rozmarynem. Kupujemy warzywa jak na rosół, zalewamy woda i gotujemy. Nie trzeba sie bawic w rozdrabnianie czy obieranie cebuli (i tak to wszystko potem sie odcedza i wyrzuca). Do wywaru dodajemy 4 kostki bulionu wołowego – musi byc treściwie – oraz dwie gałązki świeżego rozmarynu. Cebula do wywaru musi byc biała, cztery dorodne czerwone cebule kroimy w półplasterki i czekamy na jej kolej.
Gotowy wywar zalewamy czerwonym winem, dodajemy czerwoną cebulę, posiekany świeży rozmaryn, czosnek i gotujemy. W innym garnuszku mieszamy 50g brown sugar (cukru brązowego, sypkiego choć pół wilgotnego) i tyleż samo balsamic vinegear. Zagotować to i dodac do sosu. Sos musi gotować się dość gwałtownie przez około godzinę tak żeby miał szansę odparowac w dużej części. Sos powinien mieć kolor brunatno – czerwony. Jesli wciąż jest zbyt płynny zagęszczamy go mąką ziemniaczaną: wsypujemy łyzkę mąki do salaterki i zalewamy zimną wodą. Mieszankę powolutku wlewamy do wrzącego sosu i mieszamy az zgęstnieje. Teraz dopiero doprawiamy pieprzem i solą.
Sosikiem polewamy steki już na talerzu nie żałując cebuli.
Tamcio zwykł podawac warzywa na półmiskach. Na jednym znalazły sie zblanszowane (podgotowane krócótko na parze): mini kolby kukurydzy i zielone strąki fasoli Mamut. Na drugim półmisku znalazła się pokrojona w słupki i ugotowana z odrobiną cukru marchewka a na ostatnim… i tu prosze Państwa geniusz mojego męża objawił sie silnie: Gotowane i lelkko podgrillowane pataty z rozmarynem. Połaczenie fascynujące zgoła. Nie zmasakrował ich wcale, pokroił w cząstki wzdłuż i tak podal.
Goście nieomalże wyrywali sobie pólmiski z rąk i zakrapiali winkiem tez czerwonym, do smaku. Tym razem to było australijskie cabernet, ostre wytrawne i cięzkie. Jako że babom w ciąży alkohol nie służy umoczyłam tylko dzioba pro-forma. żal mi bylo bo TAAAAKI obiad należy pożądnie uczcić. Ale nic to Baśka (jak mawiał Wołodyjowski), nic to… Jeszcze sześć miesięcy.
A teraz wybaczcie mi proszę – o deserze napisze kiedy indziej – Tamcia muszę bowiem wząć na spytki i wydusić przepis bardziej energicznie na co mi wciąż pełny żołądek nie pozwolił dotychczas.

Dzieńdoberek!!!
Zanim będe łaskawa zaserwowac wam przepisy z wczorajszej uczty podpowiem jak ugościć Naszych Drogich Przyjaciół francuskim sniadankiem.
Jaja prosto od chłopa (NIE kastrujemy!!! Wiejskie maja być!)wbijamy do michy i bełtamy na piankę. Dodajemy odrobinkę mleka. na 8 jaj około pół szklanki. Możemy śmialo wykorzystać mikrofalówke, w smaku niczym sie nie różnią od tych z patelni i nie trzeba dodawać tłuszczu. Podgrzewamy dokąd nie staną od czasu do czasu mieszając. Najmłodszego wysyłamy do sklepu po croissanty.
Podajemy na stół oliwki i jakis sok, najlepiej z grejpfruta, owoce w czastkach i kawę. Croisanty nadziewamy jajkami i na sekund pięć wkladamy do dobrze nagrzanego piekarnika żeby wszystko było na ciepło.
Gotowe. Lekkie acz pożywne i cholesterol pod kontrolą.
Wracam wieczorem i piszę. Teraz idziemy na plażę pooddychać świeżym morskim powietrzem. w Aberdeen dzisiaj slonecznie, szkoda siedziec w domku. Narka!

Malinowi zjawili się brzaskiem nieomalże okolo trzeciej po poludniu wyglodnieli i zmarznięci zaraz po spacerze w pobliskim parku. Już w drzwiach przepraszali że tak wczesnie, bez sensu troche, bo wiadomo, że do do Naszego Domku najlepiej  wpaść własnie na glodzie. Zresztą i tak nie pomogło bo kolacja była proszona na 7.30 co by Barbara od rana się do nas wybierając na wieczór dotarła. Tu wtrącę mimochodem ze Basieńka osoba wspaniala skądinad, spóźnia się konsekwentnie, zawsze około godziny.  O suchym pysku przepękali więc do jej przybycia, powitanego brawami, bo o dziwo tym razem przyszła tylko 10 minut po czasie.
Zaczęlismy od zupy z pomidorów (Tomato and Basil) proszę nie mylić z polską Pomidorową.
Dwa kilogramy pokrojonych pomidorów, dwie duże cebule, kilka cząstek czosnku  wrzucamy do garnka i  podgrzewamy  na wolnym ogniu nie dodajac ani kropli wody tylko łyzkę stołową oliwy z oliwek do momentu aż zrobią się miękkie. Wlewamy okolo 50 gramów przecieru pomidorowego i okolo pół litra wywaru warzywnego. Dodać trzy puszki gotowych grubo posiekanych pomidorów, wszystko razem podgotować i zmiksować. 100 g brazowego cukru z 100ml octu balsamicznego (balsamic vinegear) zagotowac, dodac do zupy i zagotowac ponownie. Dodać 300ml słodkiej śmietany , około 25 gram swieżej bazylii i doprawic do smaku. Podaje sie taka zupę z kropelką kwaśnej śmietany i francuską bułeczką.  Broń was Panie Boże potraktować zupy makaronem albo ryżem. Wystarczy że zupa sama w sobie jest gęsta.
Ponieważ po starterze musielismy odpocząć ja też to zrobię – wybaczcie, ciąg dalszy jutro.

Wczoraj widzialam moje malenstwo, wzruszajaca chwila. Mam namacalny dowod, ze jest, ze istnieje we mnie i jest JEDNO kochana rodzino. Jedno mowie bo co poniektorzy wciskali mi blizniaki w brzuch… uff.. Jednak nie i chwalic Boga!
Ruchliwe toto nieprzytomnie, wierci sie i plywa sobie w najlepsze. Przyznam sie, ze mi oczy mocno zwilgotnialy i jestem bardzo szczesliwa. Oboje nas tknelo co do plci – ale wam nie powiem. Spekulacje mozna miec, pewnosc kiedy sie wykluje.
Zdjecia zrobiono malenstwu trzy. Nie bylo to latwe zadanie bo jak mowilam zlapac je w bezruchu albo w dobrej pozycjii przypominalo probe sfotografowania kijanki. Ale je mam i nosze przy sobie. Zaczelismy 13 tydzien.
Kulinarnie dzisiaj posucha, Tam jest w pracy, ale prosze szanownego towarzystwa jutro gotujemy to i wam wiadomosci z pola bitwy zbloguje. Tymczasem Pozdrawiam!

O godzinie szalonej jak na ekscesy kulinarne, 23.30, przyszlej mamusi  zachcialo sie jesc. Ssanie poczulam co prawda juz w polowie przedtem ogladanego filmu o Szczurku Ratatoulie co to koniecznie chcial zostac Kucharzem, ale usilowalam je zignorowac , myslac ze moze jednak do rana dociagne…Chodzilam kolo lodowki dobre dziesiec minut nie mogac nic sensownego wymyslec. Lodowka pelna ze sie drzwiczki nie zamykaja, a ja nie mam co jesc! Owszem, produkty leza przygotowane na sobotnia uczte, cos na kanapki tez sie znajdzie ale inwencji mimo glodu nie mialam za grosz! Juz mialam zrezygnowac z silnym postanowieniem ze jednak poczekam, a tu w drzwiach staje moj ulubiony czlonek rodziny. Niesmak i oburzenie mial wymalowane na twarzy ale oczka cos podejrzanie blyszczace. Po czym z ulubionym tekstem na ustach: „You are pain on a…” przystapil do wydawania krotkich acz tresciwych rozkazow: Deska do krojenia! Noze! Patelnia! Oliwka!Chaos zapanowal z miejsca w dosc swiezo posprzatanej kuchni. Na deske wjechaly kolejno: duzy pomidor, fasolka „Mamut”, mini kolby kukurydzy – sztuk dwie, czerwona cebulka oraz szczypiorek. Pokrojone na dosc drobno warzywka zostaly podsmazone. Rozbeltane jajka z odrobinka smietany , soli i pieprzu trzeba wlac na to wszystko, szybko zmieszac i zostawic zeby sie scielo pod spodem. Wyraznie dobrze bawiacy sie Pan i Wladca oswiadczyl (patrzac jak przebieram nogami przy kuchence) ze to nie jajowka i trzeba delikatnie i powoli. Poczekac az sie zrobi na okolo brazowa skorka i wtedy wlozyc patelnie z zawartoscia pod grill. Odczekac az sie gora zetnie i… na talerz. Kochani pamietajcie, ze Omlet na talerzu ma byc zlozony w pieroga, inaczej to nie Omlet – ale rozdyzdana breja. Jedzenie o dwunastej w nocy nie sprzyja trzymaniu linii ale za to jak wspaniale robi na relacje malzenskie! Czego i wam zycze!Pozdrawiam.

KRAINA DESZCZOWCOW OD KUCHNI

 Osoby Dramatu. 

Ja – osóbka mało wybredna, ale zjeść dobrze lubi. Żona.

 

Kucharz – osoba najważniejsza, bez której tylko kaszanka i to bez cebulki. Mąż.

 

Malinowi – rodzina zaprzysięgłych Przyjaciół, bez których dramat nie ma pieprzu.

 

Barbara – osoba śliczna, stateczna i cudownie ironiczna. Tez kocha zjeść. Słodzi atmosferę.

 

Koty – bliźniaki sądząc po minach gotowe na podjecie tematu: kuchnia.

 

Osoby luźno związane – przygodnie zamieszczane Osobistości, co też lubią wpaść i się pożywić do naszej Jaskini Rozpusty.

 

 
 

Rozdział pierwszy:


 

   Jak zawsze z Kucharzem szukamy powodu do popisów kulinarnych. W tym tygodniu trafia się Walenty, toteż wici rozesłałam i goście (ach Goście!) zostali zaproszeni. Nie tyle nawet zaproszeni, co poinformowani o terminie, bowiem towarzystwo się już tak nauczyło, że zapraszać nie trzeba tylko podać hasło: „Żarcie” i wszyscy się zbiegają choćby cierpieli na podagrę albo i co gorszego.

 

   Jak zwykle wino kupują przybywający, przy czym nie gardzi się winem z Lidla ani tak zwanym Francuskim – Lepszym. Wszystko pod warunkiem zachowania przyzwoitości i jeśli mamy rybę to proszę nie wystąpić przypadkiem z czerwonym. Ja wiem ze teraz to i Czeskie Stolcowe z kartonu można – ale zachowajmy formę.

 

   Zakupy zrobione w pobliskim supermarkecie zostały już wczoraj wieczorem. Ale o tym będzie następnym razem.

 

   Marzyły mi się Mussels in white wine & Garlic sauce (Muszle w sosie czosnkowo- winnym) na kolacje wczorajsza, toteż pierwszy przepis podaje jak leci (doskonale na detox i szalejące hormony):

 

   Kupujemy Muszle gdzie bądź. Może być supermarket, byle by były świeże. Nie otwarte, trzymane w chłodzie a najlepiej w lodowatej wodzie. (jak Morze Północne w lutym na przykład). Cala siatkę po przyjściu do domu wysypać do zlewu i zalać wodą. Zimna, bo to jeszcze żyje! Fajne wrażenie robi, kiedy te otwarte nagle się zakleszczają z powrotem. Tym sposobem mamy i jedzenie i akwarium w jednym.

 

   Kroimy dwie cebulki na pól i: Na Plasterki!!! – jak zdaje się bojowo wrzeszczeli Zbójcerze z Kajka i Kokosza. Wrzucamy do dużego gara dodając kawał masła, szklankę białego wina (byle jakie, byle było) i duuuuzo czosnku zmasakrowanego na miazgę (zabawa na całego). Sól, pieprz oraz odrobinka soku z cytryny. Malutko – tylko dla aromatu. Gotujemy aż cebulka zmięknie.

 

Do wrzącego gara wrzucamy muszle, mieszamy i przykrywamy, co by się owe udusiły. Czekamy siedem do dziesięciu minut i wyrzucamy wszystko na sitko. Odcieknięty sos wlewamy z powrotem do gara, doprowadzamy do wrzenia jeszcze raz i podlewamy śmietaną.

 

Muszle przerzucamy do głębokiej michy i zalewamy sosikiem. Posypujemy lekko pietruszką (Parsley to się tu nazywa) i na stół!

 

Podajemy z chrupiącą francuską bulką i masełkiem.

 

Bardzo ważne!: nie ugotowane muszle: wyrzucamy WSZYSTKIE otwarte, po ugotowaniu odwrotnie: wszystkie ZAMKNIĘTE. To oznaka nieświeżości.

 

To jest danie jednomichowe. Wszyscy maczają palce w tym samym naczyniu – bo to zbliża ludzi (jak ktoś jest obrzydliwy nie radzę próbować). Duuużo śmiechu i zabawy z tym jest. Robi się to 10 minut, a impreza trwa w nieskończoność, szczególnie jak się białe wino przed Gośćmi postawi.

   Ja wczorajszą porcję pożarłam samodzielnie i to bez wyrzutów sumienia. Dobre nie tuczy!

    W oczekiwaniu na sobotę: Tymczasem!


  • RSS