kraina-deszczowcow blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 3.2008

Czasami w pracy nic nie mam do roboty. Cisza jest az piszczy i wtedy szperam sobie w internecie w poszukiwaniu ciekawych stron, czegoś do poczytania. Dzisiaj też tak mam i właśnie trafilam na stronę Jeleniej Góry. Mieszkałam tam osiem lat i przyznam szczerze że bardzo mi brakuje… Miejsc, smaków, atmosfery niemal cyganerii, szczególnie ostatnich dwóch lat. brakuje mi Alicji, kochanej mojej przyjaciółki, osoby tak ciepłej i dobrej, że szukać takich to jak szukać bursztynów na piasku.
Brakuje mi moich Dzieci – wszystkich tych do których wychowania przyłorzyłam ręce; maluchów z przedszkoli, i dziewcząt przeważnie z MDK-u. Ciągle jeszce do mnie pisza mimo że odeszłam trzy lata temu!.. Kochane dziewczyniska, które dały mi tyle radości i tyle… doswiadczenia. Wszystkie wspominam z czułością nieomalże, i jeszcze ciagle mówię o nich: moje dziewczyny.
Brakuje mi Teatru do którego miałam wejściówkę prawie stałą dzieki Dorocie i Klubu Literackiego do którego wróciłam niedawno jak córka marnotrawna – do ludzi dzieki którym czułam się częścią światka kultury.
I lasu za domem, a właściwie Karkonoskiego Parku Narodowego na wyciagnięcie dłoni. Gór i grzybobrania.
Tak jakoś mam dzisiaj. Tesknię.
Najserdeczniej Was pozdrawiam. Góry moje góry.

Free Image Hosting at www.ImageShack.us

 To u góry to mój wlasny Mazurek zrobiony po raz pierwszy w życiu! Byl pyszny!

Robimy go tak:
Dwie warstwy ciasta (kruchego, półkruchego, tłuszczowego) przekładamy nadzieniem jak do szarlotki. Wierzch smarujemy dżemem albo inną owocową masą. Całość obkładamy marcepanem i polewamy lukrem.
Ja zrobiłam zwykły placek z orzechami z wanilią.
Ozdoby specjalnie muzyczne w celu edukacji Rodziny – szczególnie uczącego się języka polskiego Tamcia. Mazurek bowiem jak kazde dziecko wie to też utwór muzyczny..
Rodzinie się podobał.
Malinowa zrobiła Mazurka kajmakowego według pezpisu prababci i oświadczam że nic lepszego do kawy nie wymyślono. Malina: to było mistrzostwo świata.

Free Image Hosting at www.ImageShack.us

Powyżej to jest Świnka w Pomarańczach. Zwykły kawał wieprzowiny marynujemy w ostrych przyprawach przez noc i pieczemy też normalnie, okolo 45 minut na 1 kg mięsa. Cała tajemnica oryginalnego smaku jest w sosie:
20 ml likieru pomarańczowego, 1 łyżka miodu, sól, pieprz, kilka kawałków rozdyźdanej pomarańczy, cynamon, oraz sos wytopiony z mięsa gotujemy razem przez 10 minut. Można go na koniec zmiksować, żeby był gładki.
Mięso pokroić i przełożyć plasterkami pomarańczy. Wszystko polać sosem. Podawać z czerwonym winem.

A teraz refleksje.
Wielkanoc w Polsce to jest święto. Jest Sniadanie, jest i uroczysty obiad… Tutaj po pierwsze pogoda pomyliła pory roku i patrząc za okno można było odnieść wrażenie, że to Gwiazdka…
W Szkocji nie ma świat. Niedziela jest normalną niedzielą a w Poniedziałek… do pracy. Nie ma atmosfery.
Bardzo mi brakowało maminego domku, gdzie wszystko jest na miejscu. Jak są Swięta to są święta. Goście których miałam odmówili spożycia śniadania, bo nie glodni i gdzieś mieli jakieś Polskie tradycje, po czym wymiotło ich do domu jeszcze przed obiadem. To ci tutejsi –  Glasgowianie. Nie ma co się dziwic, jak już mówiłam – tutaj to jest kolejny dzień a i droga powrotna dla nich była ciężka bo śnieżyło potwornie. 
Malinowi przybyli na obiad w towarzystwie barszczu białego i z prezentem w postaci dobrego humoru. Dziękuję wam! Dzięki Malinowym te „święta” były udane.

Piozdrawiam cieplutko!!
Dla tych w Polsce: Mokrego Śmigusa-Dyngusa!!

Romansujmy ze swoimi mężami, żonami, partnerami. Zwał jak zwał, byle było ciekawiej. Czytalam ostatnio że temperatura w związku zależy również od tego jak często zdarza się nam „podrywać” swoją drugą polówkę. Hmmm.. Ja na Gółwnego Szpiega wciąż patrzę właśnie jak to cielę na malowane wrota i chyba tak mi już zostanie. Tajemnica w tym jest że trzeba swojego męża podziwiać i o tym mu mówić. Wtedy sama czuję się podziwiana bo to wraca w postaci dopieszczeń i starań, żeby ten stan utrzymać.
Trzeba sobie szeptać na uszko, dzielić małe tajemnice, uśmiechać się ciepło i ze zrozumieniem.
Hmm. Kochani napiszcie o waszych przemyśleniach!

Dzień za dniem się wlecze że depresji można dostać. Kuchnia stoi odłogiem, bo mąż moj zapracowany jest okropnie, a mnie samej zrobienie rosołu to tyle co wstawic wode na herbatę. To też nuda kulinarna aż śpiewa. Poszukuje przepisu na prawdziwy mazurek, taki tradycyjny, nie byle co mazurkopodobnego. Liczę tutaj na szanownych Czytelników – podrzućcie coś, bardzo proszę!
Basieńka nasza kochana zdaje dzisiaj egzamin ze specjalizacji i mam w związku z tym lekkie trzepotanie komór sercowych. Że ona zda to jakoś wątpliwości nie ma nikt, oprócz jej samej. Ja licze że może odzyskam przyjaciółke bo jak sama mówiła przedwczoraj od nadmiaru wiedzy dostaje podwójnej schizofrenii. Będę mogła do niej teraz bez wyrzutów sumienia dzwonić ile wlezie oraz mieć „interesa”. Obiecała pierogi i słowa dotrzyma. Dziwne może się niektórym Czytelnikom wydawac że nie na przykład pójście na wódkę co by egzamin oblać, ale wyjaśniam w te pędy że ja na wódke to się nie nadaję bo mi nawet wino nie chce wejść ostatnio wcale. Moje dziecko mniemam będzie upierdliwym abstynentem.
Malinowi cali są w rozjazdach: Tymon (dziecko nad-grzeczne) pojechało do Babci, do Polski, Tomek wczoraj go do Edynburga odwoził co u Maliny z kolei wywołało smuta na pysiu i trzeba było ja ratować.
No to ratowalismy ją oglądając „Nigdy w życiu!..” ze Stenką w roli głownej. Coż za fantastyczny film! Uśmiałyśmy sie potężnie i jakoś tak ciepło nam w okolicach osierdzia się zrobiło. Malina na końcu sie tak popłakała ze jej okulary mgłą zaszły. WCALE nie przesadzam.
Przy okazji: dziekuje za wpisy i prosze o więcej. Jako że prawdziwa cnota krytyk się nie boi, dziekuję również mniej przychylnym, obiecując że nie bedzie to blog tylko kulinarny.
Ach! prosze zajrzec na blog Biszopa. Polpłakałam się ze smiechu przy poście o chrapaniu!.. Z ręką na sercu: POLECAM!

Wczoraj w BBC nadano program o Polakach w GB do którego świerzbi mnie żeby się odnieść. Nie chcę mówić o nas samych, bo sytuacja jest jasna i klarowna, ale o reakcjach na problem w ogóle. Brytole coponiektórzy chcieliby ograniczyć napływ Imigrantów, i wcale im się nie dziwię, są nas dziesiątki tysięcy tutaj. Myślę że podobnie Polacy zareagowaliby na nadmierny napływ imigrantów do Polski. Jest to dla mnie zrozumiałe.
Nie odbieramy im pracy, bo większość z nas bierze robotę na która mlody Brytol ani spojrzy. Pracownicy fizyczni = Polacy budują ten kraj i płacą podatki. Wcale nie zdzierają benefitów, ktoś słusznie zauważył że benefity tutaj to forma oddawania obywatelowi nadpłaconego podatku z tytułu należących się ulg. Poza tym – jak się należą to owszem, należy brać.
Integrujemy się i pniemy po drabinie społecznej dzięki ciężkiej pracy. Jesteśmy SZANOWANI.
Ale nie o tym chciałam.. Pan Prezydent Gdańska przyjechał do Peterborough namawiac rodaków do powrotu na łono ojczyzny. W skrócie to został wyśmiany. Przeze mnie też. I tu spotkała mnie miła niespodziewajka. Tam oświadczył że on chętnie pojedzie, bo wierzy w ten kraj! On prosze was wierzy że tam jest i będzie coraz lepiej, że wracać teraz zanim towarzystwo wróci, bo potem może być trudniej z pracą i w ogóle. Mówi że zdążymy z Euro 2012 i nie będzie wstydu…
Nie powiem, zrobiło mi się bardzo przyjemnie, ale też włos mi się zjeżył: jak to TERAZ?! No i mam mały dylemacik.
Programów i artykułów mniej lub bardziej przyjaznych o polonii naczytalam sie już tutaj do bólu. Zaskoczyła mnie reakcja Tama na tenże a szczególnie słowa: Ty patrzysz na Polske przez pryzmat przeszłości, doświadczeń – ja patrzę w przyszłość.
Kurcze! GOOD POINT!
Ale pod skórą dylemacik pozostaje.
Dno i wodorosty.
Co wy na to???

Nie da się zrobić żurku bez choćby podstawowych produktów rodem z Polski. Tu w Szkocji na przykład nie mają zielonego (czerwonego też nie) pojęcia o białej kiełbasie. W ogóle o kiełbasie jako takiej…
Żeby zrobić Tamciowi prawdziwy, maminy żurek musiałam zaopatrzyć się również w poski zakwas, bo tu rzecz to kompletnie nie znana.. całe szczęście że w Aberdeen jest co najmniej kilka sklepów z żywnoscia sprowadzaną z Polski.
Pogoniłam tedy mojego zapracowanego małżonka tam gdzie bije źródełko i oprócz produktów na upragnioną zupę, kupilam również kiszone ogórki na które mam ostatnio szaleńcze zachcianki, wędzony boczuś oraz pierogi przeróżne mrożone.
Resztę składników już spokojnie można nabyć w Lidlu (o Mekko!). Tak, proszę się nie smiać! Nawet niemieckie produkty spozywcze są lepsze niz to co w Szkocji sprzedaje sie masowo w supermarketach!.. O ironio! Pomidory maja zapach i smak mają jabłka! Co innego kupować na wsi. A tak właśnie, jedzie się raz w tygodniu na targ – jak Bóg przykazał wiejski i szalej duszo!
Żurek zrobiłam, podobno nawet równie dobry jak robi Moja Szanowna Rodzicielka. Wyczyn więc mi sie udał. A robiłam tak:
Włoszczyznę (z Lidla) zagotowałam w towarzystwie listka laurowego i ziela angielskiego i trzech kostek rosołowych. Pokroiłam w kostkę boczuś wędzony i cebulę, usmażylam i dodałam do gotujacego się bulionu. Wrzuciłam kilka ząbków czosnku i pieprz ziołowy. Gdy włoszczyzna zrobiła się miękka wyłowiłam ją i pokroiłam w kosteczkę dodajac na powrót do zupy z kilkoma obranymi i pokrojonymi ziemniakami. Dodalam zakwasu gotowego z butelki, doprawiłam śmietaną (single cream) i do smaku solą i pieprzem czarnym. Białą kielbasę wrzuciłam w całości bo podaje sie ją u mnie w domu oddzielnie z ziemniakami puree i sosem chrzanowo-smietanowym.
Podalam wlaśnie tak. Żurek w miseczkach a kielbaskę w nim gotowaną na drugie danie.
Polskie jedzonko jednak jest na topie. Tamcio się odgraża że Easter Dinner zrobi po swojemu. A jużci! Goscie zapowiedzieli się już grupowo. Szaleństwo kulinarne to będzie, co tez napewno wam opiszę. Tymczasem!

Po sobotniej wizycie w Livingston i Edynburgu i zakupieniu ulubionej zabawki mojemu mężowi (nowego samochodu) w niedzielę wybralismy sie z Malinowymi do lasu. Uzbrojeni w wytrzaśniętą skądinąd przez Malinę wędzoną kiełbasę, kawę w termosie i coś koło 10 bułek z niewiadomo czym wyruszylismy żółtym szlakiem. Jak na Szpiegów z Krainy Deszczowców przystało zboczylismy z uprzednio obranej drogi i jak to zwykle bywa nadłożylismy spory kawał drogi. Muszę się przyznać,że ci któży mają odwagę (albo szaleństwo w sercu) jeżdzić z nami na wycieczki muszą miec również do nas szczególną cierpliwość. Zgubimy się zawsze, zaplączemy w celach rozrywkowych gdzie popadnie, marznąc przy tym , moknąc i tak dalej. Nigdy tylko nie jestesmy przy tym głodni bo nawet na kawę w krzakach (wypad dwugodzinny) zabieramy ze sobą wałówkę.
Tak więc Malinowi na własnych skórach doświadczyli po raz pierwszy jak się kończą wycieczki z nami. To ze obie z Maliną siąpimy nosami w żadnym razie nie dziwi.
Wiosnę przyłapaliśmy na gorącym uczynku, w lesie dostrzegając dywany istne przebiśniegów i krokusów. Już jest. Zima jeszcze się odgraża – w nocy dzisiaj spadł śnieg (jakieś 3 cm) ale to juz jej ostatnie podrygi.
Ogłaszam zatem: Sezon rozpoczęty i prosze się nie spodziewać mojej dostępności w chacie.
Będę pisać z podrózy.
A! Nie radze popijać kwaszonych ogórków z polskiego sklepu kefirem. To się napewno źle kończy!…
Tymczasem!


  • RSS