kraina-deszczowcow blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 4.2008

Weźmij sześć silnych dziewek kuchennych… Tak się zaczyna staropolski przepis na jakies potworne ciasto. Phi! zważywszy,że coraz bardziej się robię gospodynią domową popadłam w przesadę bo męża zamiast prosić o przysmaki sama gotuję. Wczoraj osiągnęłam ideał w wyrobie potrawek gulaszopodobnych. Już mówię co:
Skrawki wołowiny w sosie pomidorowym.
Użyłam pomidorów z puszki (Plum Peeled Tomatoes) i zwykłych malutkich winnych do przybrania. Kupuje się więc wołowinkę i kroi na sześciany okolo 1.5×1.5×1.5 cm i tłucze tłuczkiem na płasko, obsypuje obficie solą, pieprzem i słodką papryką zalewa oliwą i odstawia na godzinę. 3 duże cebule kroimy jak leci, byle nie za grubo i szklimy na patelni. dodajemy duzo czosnku przy koncu i wrzucamy do gara dolewając rosołu . Potem obsmażamy mięsko i dodajemy do sosu z listkiem laurowym. Jak się zagotuje wrzucamy pomidory z puszki razem z sosem i puszeczkę kukurydzy. Dusimy wszystko razem na małym ogniu jakieś 1.5 godziny az mięsko zmięknie. Doprawiamy do smaku i podajemy z ryżem i pokrojonymi w ćwiartki winnymi pomidorkami.
Proste jak budowa cepa. I dobre bo Tamcio pożarł i połowę mojej porcji.

Skrawki wołowiny w sosie szarym.
Tak samo jak wyżej tylko nie sypać pomidorów i więcej cebuli. Radzę użyć słodkiej białej cebuli, wynalazek doskonały, soczysty i mocny w smaku. Paprykę zastąpić zielonym pieprzem.

Smacznego!

W sobotę Tamcio zwagarował z pracy i Bóg mi swiadkiem że boloący ząb był co najwyżej dobrym pretekstem. Pojechaliśmy umyć ulubioną jego zabawkę (tę sławną prze-audicę) i po zakupy. I tak nam dzień wiosenny upłynął. Wieczorem zaś wraz z Barbarą umówione na ekscesy od miesiąca wybrałyśmy się na tzw. Night Out. Otóż mój ukopchany uparł się mnie trochę z domu wypędzić i dosłownie kazał mi wyjść samej z przyjaciółką raz w miesiącu przynajmniej. Domatorstwo przesadne bowiem wydaje mu sie chore. No i dobrze rzekłam i namówiwszy się z Barbarą, w sobotę wieczorem Wyszłyśmy z Domu.
Stolik w Medditerano zamówiłam dzień wcześniej i chwała Bogu bo wyrwałam ostatni. A mówiłam że się towarzystwo pozna na dobrej knajpie. Mowiłam!
Wzruszyło mnie to Sagetti Frutti di Mare… Langustynka na czubku makaronowej góry miała długośc jakichś 15 centymetrów i tylko żal że ją rozgotowano. Hmmm. Może tak miało być. Nie czepiam się. Oczywiście popiłysmy białym winkiem i poprawiłyśmy kawą. Musiałyśmy potem iść na spacer bo obżarłyśmy się nieprzytomnie…
Wróciłam jak grzeczna dziewczynka o jedenastej do domu przywieziona przez Tamcia, bo co jak co ale bezpieczeństwo jest najważniejsze i o północy samej autobusem wracać nie jest mądrze.
Wczoraj natomiast Basieńka zrobiła proszony obiad na którym ucztowalśmy intelektualnie w towarzystwie Księdza – Filozofa, dwóch lekarzy i najlepszego na świecie artysty-kucharza. Basieńka wspięła się na wyżyny bowiem zupka grzybowa była przednia i mięsko wołowe po polsku w sam raz! Basiu – ukłony!
Babkę drożdżową wzięłam do domu i miałam dzisiaj w pracy drugie śniadanko jak marzenie. Ot co. Cmokali wszyscy poczęstowani. W związku z powyższym oświadczam że jestem szczęśliwym człowiekiem.

Zegarek na ręku jest dla mnie ciałem obcym a nawet intruzem. Kojarzy mi się z pośpiechem, z uciekającymi chwilami szczęścia, z przystankiem autobusowym, albo jakimkolwiek innym miejscem gdzie wszystko się kończy. Nie cierpię ukradkowych spojrzeń na zegarki u innych, tego ciągłego czekania na coś albo po prostu określania siebie w czaso-przestrzeni, które ma tyle sensu co wpatrywanie sie w zmarszczki na twarzy. Echh. Jedyny czasomierz jaki przy sobie mam jest właśnie na ekraniku mojego telefonu i zaglądam tam tylko w razie konieczności. a te są z natury mojej dwojakie. Raz kiedy usiłuję nie spóźnić się na autobus, dwa kiedy o okreslonych porach czekam na telefon od Tamcia. Mamy swoje pory dnia, znaki umowne choć nie umówione, od trzech już lat. I to właściwie określa mi codzienny upływ czasu. Codzienność wcale nie jest nudna a jej zwyczajność, stałe punkty dnia pomagają ogarnąć chaos rzeczywistości na zewnątrz mnie. Takie poczucie stabilności, gruntu pod nogami. Nie zazdroszczę wcale ludziom którzy sie dokądś spieszą, mają biznesy, spotkania, życie podkręcone do granic rozciągliwości. Zdaje się że mnie Pan Bóg stworzył inaczej. Ja po prostu cieszę się tym co mam i jedyne co próbuje mnie ograniczyć to czas, a właściwie myśl żeby z dnia nic nie stracić, poczuć  wszystko co koło mnie płynie, dotknąć i zrozumieć. I jeszcze jedno. Dziecięca wręcz ciekawość świata która mnie pcha jest również darem. Chciałabym na wszystko mieć czas żeby przyswoić, obejrzeć i nacieszyć się tym. Dlatego NIE noszę zegarka. Programowo!

W góry!

1 komentarz

Takie tam góry. Troche przypominają Karkonosze i to tylko trochę. No owszem dolina Dee jest prześliczna i Glen Muick i Glen Schee i Ach! Jeszcze śnieg w górnych partiach leży. Bardzo lubię nasze z Tamciem wycieczki i choć tym razem byliśmy króciutko to zdjęć natrzaskałam dużo i jest się czym pochwalić. Breamar z uporem maniaka reklamuje się jako Village, co ma tyle sensu że szkoda gadać. Miasteczko to jest dla mnie i już, nie jakas wieś. Jest tam bardzo cicho przed sezonem i przyjemnie, trochę ospale ale warto się wybrać.
Nie wiem tylko dlaczego, a raczej sie domyślam, mój małżonek zwiedzając Szkocję klnie w żywe kamienie tych angielskich.. (bip!).. w co drugim zdaniu. A to że nie wejdziesz do Breamar Castle (private), a to że kolonizacja.. A Pewnie! Ludziska toż przecież Balmoral Castle za miedzą i Ballater na królewskich przywilejach jedzie .. Królowa chyba idzie w ślady Victorii bo i coraz częściej jest tu a nie tam i mamy angielskie Estate pomalowane na niebiesko. I tylko szkocki miód z wrzosu w sklepie i wino marki wino z czarnej porzeczki lub (sic!) RABARBARU!…
Uratowala sytuację mała restauracyjka na Old Station w Ballater bo i sconsy były i herbata earl-grey rodem z.. Glasgow!
Aaaa!! Nie mogę pominąć i tego. Odwiedzającym podpowiadam, że zaraz obok owej sławnej viktoriańskiej stacji w Ballater jest mała fabryka słodyczy. Dee Valley. Mozna przez szybę popatrzec jak się robi cukierki i jeszcze do dzioba dostać poczęstunek jak się wystarczająco długo stoi i ogląda proces wytwarzania. Robią ręcznie! Obok jest sklepik – marzenie każdego łasucha i raj dla wybrednych.
Po zjedzeniu kilku czekoladowych smakołyków wzorem mojej Szanownej Rodzicielki zakrzyknęłam:
„No! to teraz sie wszyscy możecie bujać na żyrandolu. Mam gdzieś! Jest mi dobrze.”
I tym optymistycznym akcentem…

i przepraszam wiernych Czytelnikow serdecznie. Jak to Babencja w ciąży mam swoje gorsze dni. I te gorsze dni wypełniałam ostatnio czytaniem innych autorów. Jak zwykle do równowagi psychicznej wracam Chmielewską. „Lesia” czytałam już z piętnaście razy ale za każdym razem rozsmiesza mnie do  łez!.. Echhh.
Przy okazji muszę podziękować niezawodnym forumowiczom ze szkocji.net za hurtową ilość e-booków którą mnie obdarowali! Szczególnie Papciowi i Agnieszce – niech wam Bóg w dzieciach…
Obiecuję poprawę i nie dlugie czekanie na nowe notki.

Uprawiamy sobie z Tamciem taki hedonizm kiedy popadnie, zawsze kiedy mamy czas dla siebie, to znaczy kiedy oboje mamy wolny dzień lub tylko popołudnie.  Czasami jest to wszędobylstwo podróżnicze, czasami wypad w miasto na kawę albo kolację. Czasami uda nam sie przy okazji odkryć fajne miejsce z dobrą kuchnią albo li tylko z dobrą kawą, co jak wiadomo nie jest sprawą łatwą.

Mamy kilka takich miejsc już oswojonych ale jedno z nich jest specjalne i o nim wam dzisiaj nakabluję. Trafiliśmy tam bowiem zachęceni reklamą kawy Illy w oknie i choć knajpka jest z zewnątrz niewyględna, nie należy jej omijać. Jest To włoska, prawdziwa WŁOSKA nie farbowana ‘ala coś tam restauracyjka. Kucharze są z Makaronii rodem, kelnerka i właściciel tak samo, ba! Muzyczka w tle tez jak nie Boccielli to Ramazzotti. Wchodzi się przez kolonialny sklepik i biada temu kto sie przyssie do lady. Cudowności tam leżą! Tymczasem należy zmusić się do przejścia w stronę jadalni koniecznie bo tam…

Na wejściu oko rozbija się o witrynkę ze smakołykami. I tu następuje ślinotok. Carnelloni, Tiramisu… wynalazki insze, wykluczona z gory jest obojętność – człowiesiom na diecie wstęp bym odradzała.

Jedzonko świeże z produktów importowanych, prawdziwych i smacznych. Wcale nie szablonowe, ponadtto podane pięknie i zręcznie. Kelnerka jest rozgadana i nastawiona bardzo makaroniarsko czyli z uśmiechem i sympatycznie.

To się nazywa rodzinna atmosfera, co w kraju komerchy bezczelnej ze snobistycznym zacięciem zdarza się nader rzadko. Z ręką na żołądku polecam. Dość że idąc na kawę zwykle zostajemy na kolację i jeszcze płacąc przy ladzie sklepiku napychamy siaty serami i wędlinami do rozpuku i wypęku nie zostawiając majątku tylko suty napiwek.

Restauracja nazywa sie Meditterano i jest na St. Andrew Street zaraz za rogiem Geogrge Street.

Nie ma to jak wrócić do domku i jeszcze potem w noc czarną pożerać placki chlebowe z oregano i rozmarynem, zagryzać strasznie pięknie śmierdzącym serem i popijac winem ze słonecznej Italii.

Tym optymistycznym akcentem..

DLACZEGO NIE MIESZKAM NAD ADRIATYKIEM?!


  • RSS