kraina-deszczowcow blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 5.2008

I nie zwariować? Rząd nam szykuje kolejny podatek od ilości wyrzucanych śmieci. W związku z tym postuluję wmontowanie każdemu licznik w drzwiach albo klapie od zewnętrznego kubła na śmiecie. Inaczej się nie da.
Tak swoją drogą to okay, mogę być ekologiczna i segregować śmiecie, czemu nie, tylko widzę kilka problemów. Po pierwsze: odległość do najbliższego green pointu: jakieś 5 kilosów w każdą stronę. No można niby podrzucić samochodem, jak to robi Barbara, ale mnie się tak nie widzi i już. Po drugie: mamy od councilu pojemniki na szkło i plastik ale jak je mamy od roku jeszcze nie widzialam żeby na osiedlu ktokolwiek je wystawiał. Nie no, owszem na poczatku tak, dopóki nasza młodzież kochana nie zaczeła rozwlekać świństwa po całym skwerze i okolicach.
No i weź tu bądź trendy!
Mój szwagier – ekolog do szpiku kośći w Londynku (jakkolwiek Londynu nie cierpię) daje rade i to ma o tyle sensu że do green pointu mają z Kasia rzut beretem.
W chwili szaleństwa postanowiłam chociaż w pracy segregować papier i chociaż ów upychać w miejscu do utylizacji. No i dupa, proszę Państwa bo się okazało, że dla biznesu council takich fanaberii nie przewidział i owszem mogę ale na własną rękę wozić to do… najbliższego green pointu i tu patrz punkt pierwszy.
W domu musiałabym mieć dwa kosze, pojemnik za drzwiami (już widzę minę sąsiadki) i jeszcze latać cztery piętra po schodach co chwilę. W ciąży jestem – nie będę.
No i sprawa się rypła.
Że co? Że trochę wysiłku i już?.. A g.. W takiej Szwajcarii to owszem – rozwiązania systemowe, zachęty, ułatwienia, kosze pod nosem. To rozumiem. Nie rozumiem nakładania jeszcze jednego podatku przez państwo przy kompletnym braku współdziałania.

Kurczę, chyba mi wyszła notka polityczna. Sorry!

Obchodzę 26 maja i tak zostanie. Żadne takie Szkockie przesuwanie kalendarza na mnie wpływu nie ma.
Wszystkim mamom:
Mojej Własnej Mamuni – najkochańszej, najważniejszej, cudownej, cierpliwej, rozumiejącej wszystko. Mamuni która otulała mnie kołdrą na dobranoc jak mumię, żebym czuła się bezpiecznie, tej która wklepywała mi w tylek jakiekolwiek ZASADY, jestem wdzięczna za to że jestem kim jestem. Mamuniu KOCHAM CIĘ!
Mamom które znam a szczególnie:
Malince – cudnie wychowałaś syna. Też tak bym chciała umieć. Żyj nam sto lat.
Ewie – pociechy i radości. Jestem z tobą i wciąż blisko. Nie długo się zobaczymy
Marcie – mamie medalowej i taaakiej cierpliwej, oby nam się wiodło – obu nam życzę,
Karen – mamie mojego pasierba – Be yourselve. You are always welcome!
Mamom ze Szkocji.net – dziekując za wsparcie i miłe słowa.

Wszystkim mamom – teraz wiem czym jest macieżyństwo. Jesteśmy pośredniczkami – aniołami niosącymi życie. Bądźcie zdrowe, kochane i radosne. Spełnienia marzeń!

Tamcio postanowił sobie wczoraj, że skoro nie najlepiej sie czuję ostatnio (słabość jakaś) to on mnie trochę podopieszcza. Dla równowagi połowę dnia kiedy byłam w pracy (tak na prawdę to w tej pracy spałam) zajął się sobą. Poszedł na zakupy, pograł w golfa (wirtualnie) z ulubionym kolegą, przewietrzył się czekając na mnie w lasku nieopodal mojej pracy i nabrał wręcz szampańskiego humoru i co najważniejsze postanowił zrobić extra obiad.
U znajomego Butchera kupił dwa wielkie lamb shanks (golonki jagnięce). Postanowił gravy zrobić sam (rodzaj sosu bardzo skomplikowanego jesli sie go nie robi z proszku) na owczych kościach z których potem wyjadałam szpik. Cudo! Tłuste co prawda ale zdrowe, potrzbuję dużo żelaza, a co tam! Do tego marcheweńki drobniutkie gotowane na parze i pieruszka zapiekana w cząstkach. Wszystko podane na ziemniaczanym puree ze świezym rozmarynem.
Zrobiłam sobie sama jeszcze sok z marchewki i zasiedliśmy do uczty. Daaawno się tak nie obżarłam przemawiając do dziecka, że mamusia musi czasem się najeść. Toteż kazałam mu zejść mi z żołądka. Dziecko spało w dolnych partiach, ułożone jak w kołysce (naprawde to się da wyczuć!) i mogłam w siebie trochę wepchnąć.
Wieczór dopełniłam zagryzaniem rzodkiewką.
Tamcio to jednak Mistrz kuchni i ja to sobie mogę tytuł co najwyzej kuchcika przyznać.
Krewni Królika zameldowali się w komplecie i spać poszłam szczęśliwa.
Dla fanów kuchennych przepis:
na gravy, bo golonki najpierw sie w nim gotuje a potem podpieka i gotowe!
Potrzebujemy:
świeży rozmaryn. świeży parsley (zdaje się ze to jest rodzaj zielonej natki, ale czego, głowy nie dam…), listek laurowy (dwa-trzy listki). małą butelkę wina czerwonego, trzy kostki rosołu z jagnięciny albo „OXO”, dwie duże kości jagnięce, pieprz, sół, czosnek świeży, czerwoną cebulę, sztuk dwie, obrane ale łupinki wrzucamy też!! do tego marchewka, pietruszka, i inne ulubione przyprawy. Wszystko razem (wino przy koncu) gotujemy dobre 2 godziny, częściowo z golonkami: wyjmujemy kiedy mięso zmięknie i przekładamy je do piekarnika żeby dopiec. Sos zagęszcza się mąką ziemniaczaną ale tak żeby pozostał płynny.

w razie wątpliwości co i jak proszę mailować!
Smaczność życzę.

Ja nie wiem, kochani, czy to ciąża tak mnie roztkliwia, czy może wytwarzam jakiś hormon szczęścia i ryczę jak mi tylko dać okazję. W sobotę rozwałkowali mnie moi sąsiedzi. Może mijają się z powszechnie obowiązującym prawem, może i jadą po swoim państwie równo i żyją z benefitów. Może i wkurzają mnie co sobota wieczór muzyką na całe osiedle w typie naszego disco-polo. Może. Ale taki kwiatek?…
W sobotę opróżnialiśmy piwnicę z kupy niepotrzebnych gratów, co by inne graty włozyć przygotowywując się do przyjazdu Rodziców i przyjścia malutkiej istotki na świat. Znalazłam hulajnogę i postanowiłam ją oddać dziecku owych sąsiadów. Za darmochę rzecz jasna. I tu czekała na mnie niespodziewajka. Otóż sąsiedzi wpadli na genialny pomysł ze babka w ciązy pewnie potrzeby ma swoje i może i u nich w piwnicy cos sie znajdzie. Jak postanowili tak i znaleźli: fotelik samochodowy. Nastąpiła wymiana wsród rewerencji i uśmiechów. Trochę byłam zaskoczona takim handlem wymiennym ale obrażać się byłoby głupotą okropną.
A teraz ten kwiatek:
Otóż o czym bladego pojecia nie miałam wsród moich sasiadów jest zwyczaj że jak się ma w okolicy pojawić nowe dziecko to wszyscy robią ściepę i coś wrzucają do woreczka na prezenty. No i teraz poczułam się jak na widelcu wyeksponowana, brzuch mój szczególnie bo oto moi sąsiedzi postanowili, że obca nie jestem, swoja raczej i oni takie coś uskutecznią i dla mnie. No i popłakałam się na wieść rzęsiście wyrażając wdzięczność i czując się cokolwiek skrępowana. Niesłusznie! bo przecież od teraz w takie akcje będę miała  obowiązek się włączać! No i dobrze. Wniosek? Integracja pełna.
No i jak ja mam tego kraju nie lubić?!
Takie akcje popieram całą duszą i mam plan, że od teraz różnych rzeczy do Charitów oddawać nie będę tylko poszukam zawsze najpierw wśród sasiadów. Że też nie zauważylam w narożnym sklepie do tej pory tablicy ogłoszeń!…
Fajnie mieć sąsiadów. Fajnie poczuć się w pełni zaakceptowaną.
Fajnie.

Śpiewam maluchowi, a że (nie chwaląc się) głos mam ćwiczony to i sąsiedzi słyszą też. No i wypadałoby nauczyć się jakiejś kołysanki po angielsku dla równowagi. Kochane dziewczyniska ze szkocji.net podrzuciły kilka pomysłów – nieśmiertelnych - i ja pamiętam mojej mamy Iskiereczkę (albo jak kto woli „Z Popielnika”). Jedną z piękniejszych i bardziej wzruszających jest „Kołysanka dla Okruszka” Agnieszki Osieckiej:

Królu mój, ty śpij, ty śpij a ja,
królu mój, nie będę dzisiaj spał.
Kiedyś tam, będziesz miał dorosłą duszę,
kiedyś tam, kiedyś tam…
Ale dziś jesteś mały jak okruszek,
który los rzucił nam.

Skarbie mój, ty śpij, ty śpij a ja,
skarbie mój, do snu Ci będę grał.
Kiedyś tam, będziesz spodnie miał na szelkach,
kiedyś tam, kiedyś tam…
Ale dziś jesteś mały jak muszelka,
którą los zesłał nam.

Jak jeden mąż wszystkie ryczymy jak jej słuchamy.
Uczę się kołysanek i piosenek dla berbecia nie ze zdziecinnienia jak sądzę, ale z wiary, że muzyka jest w życiu ważna jak powietrze. Nie da się bez pomrukiwania sobie w samotności istnieć. Lubię śpiewać – to talent jaki Bóg mi dał oprócz skromnych kilku innych. No to niech berbeć ma. Może polubi i będzie to lepsze niż zatykanie płaczącej gąbki smokiem. :-))

w codzienności, w autobusie do domu, gdzie się da. Analizując głębiej owa codzienność składa się z zaskakująco małej ilości zdarzeń, włączając w to tematy nad którymi myślę. Wiadomo: po pierwsze ciąża i dziecko. To już staje się nudne. Czasami uda mi się zapomnieć na chwilę, o swoim stanie i zająć się czymś co od tego pozwoli się oderwać, nie skupiać się tak na sobie, swoich doznaniach i odczuciach. Toż to prawie egocentryzm! Potem wypełniający moją najbliższą rzeczywistość Tamcio. Przyznaję bez bicia – wciąż w centrum uwagi. Potem rodzinka i Krewni Królika…
Łapię się na tym, że nawet mi to nie przeszkadza. Tylko czasami przyjdzie refleksja: co dalej?

Przypomina mi się piosenka Anity Lipnickiej
„wszystko mam
wszystko co mogłam mieć
i chleb i sól i dobry, ciepły dom…
wszystko mam, wypełnił się mój sen
a z dnia na dzień bardziej boję się: co dalej jest?”

No bo czego jeszcze moge chcieć, przepraszam? Wszystko jest.
Jestem szczęśliwa, spokojna, ukojona wręcz i szulkam natchnienia. Nie przygody. Nawet nie adrenaliny. Szukam zimnego miejsca by i tam przyłożyć ciepłą dłoń.
Jakieś sugestie?

Polonus napisał, że mi jej zazdrości. Bardzo mi miło, bo w życiu obok samego życia, przemijających dni jedną z najważniejszych rzeczy dla mnie jest … być ciekawym. Bez tego prosze Państwa nudą wieje i stagnacją. Moja rodzinka to jak jeden mąż takie Jasie Wędrowniczki. Długo (jak do tej pory) w jednym miejscu usiedzieć nie mogliśmy i stąd u mnie ta Skotlandia prawdopodobnie oraz rysująca się (chcąc nie chcąc) następna przeprowadzka „Bóg wie gdzie” może nawet spowrotem do Polski. Tamcio napiera coraz mocniej. A mnie tej Szkocji żal, bo wrosłam i mimo trzech lat jest jeszcze tyle – tyle do odkrycia. Ja go rozumiem w końcu on ten kraj zna jak ja Polskę. Proszę nie zrozumcie mnie źle. W Polsce jest też tyle-tyle do odkrycia… Nie wiem co czuję właściwie, ale wiem że i tak muszę za nim iść. Jestem jego żoną i moim jest obowiązkiem pomóc mu, być z nim wszędzie tam dokąd On prowadzi. Dla mnie jest to naturalne. A że Polski się boję?… Hmmm.

Kraina Deszczowców z nagła postanowiła zmienić twarz. Nie dość, że o kilku dni NIE LEJE WCALE to jeszcze slońce nas będzie dopieszczało przez najbliższy tydzień. I jak tu tego kraju nie kochać?!
Obok domu po dwóch i pół roku pobytu w tym mieszkaniu odkryłam rezerwat przyrody! Jest i małe jeziorko i kaczki i moje tutejsze ulubione krzaki kwitnące na żółto i pachnące migdałowo. Pod nosem! I na dodatek łączy się z Hazelhead Park. Cudo.
Dzisiaj w dodatku plażujemy w pracy. Okna pootwierane, krzesełka na zewnątrz. Słucham sobie internetowo trójeczki (mam sentyment, co ja poradze?) leci kabaret przerywany jeszcze lepszym kabaretem – wiadomościami. Bez komentarza…
Bardzo mi dobrze dzisiaj. Ślicznie i optymistycznie czego i wam życzę!

albo taka staromodna jestem. Babciom, niepełnosprawnym, kobietom w ciąży i kobietom w ogóle w autobusie miejsca się ustępuje. Tak nakazuje dobre wychowanie. Otóż nie wszędzie, co poczułam wczoraj na swoim obolałym cielsku. Jak Szkocje kocham, wczoraj dostałam szału bo w zatłoczonym autobusie młodzi, przystojni gentelmeni co najwyżej oglądali dziwo (znaczy mnie) z lekka słaniające się na nogach z pozycji jak najbardziej siedzącej. I żadnemu nie przyszło do głowy podnieść odwłoku. Ze złości, bólu i zmęczenia najnormalniej w świecie się popłakałam i łkając Tamowi w słuchawkę próbowalam sie uspokoić. No i co z tego, że Tamcio kazał mi natychmiast wysiąść i złapać taksówkę jak stałam tak  już dobre 45 minut bo korek był straszny i to co normalnie zajmuje 10 minut żeby przejechać zajęło… za długo w kazdym razie. Nie nie jestem ofiarą losu, ale jak mi Bóg na niebie za każdym razem teraz przy wejściu do autobusu poproszę o pomoc kierowcę. Szuje trzeba wychować.
Gdzie ci mężczyźni?
Gdzie te Chłopy?…
Dobra. Jutro będzie optymistycznie, bo mam trzydniowy weekend.


  • RSS