kraina-deszczowcow blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 6.2008

Otóż mój małżon go posiada. Zaaplikował mi wczoraj terapię zajęciową i ogólnie dobrze mi na duszę zrobił.
A było tak: przyjechał po mnie do pracy z zamiarem pierwotnym dostarczenia mnie do chaty mniej – więcej suchej. Mieszkam w tym kraju ponad 3 lata i nie nauczyłam się jeszcze nosić parasolki!
Po niewyrażnym jęknięciu na powitanie Tamcio zmienił kierunek jazdy…
I tak po godzinie przebijania się przez korki (ani razu nawet nie warknął!) dotarliśmy do Cove. Ścislej do Cove Hotelu. Polożonego nad samiuśkim morzem. Daleko nie jest, ale jak przyjemnie! Juz mi sie zaczęło lepiej robić w samochodzie, kocham przecież wszelkie wycieczki, ale wysiadając z samochodu łyknęłam sobie świeżego powietrza i banan mi się do ust przyczepił. 
Nie koniec to był atrakcji, o nie!
Zostałam zaprowadzona do restauracji, i usadzona w oknie z widokiem. Zdaje się że w tym momencie zaczęły mi się błyszczeć oczka, bo Tamcio usmiechając się lisio pod nosem wręczył mi menu. 
menu jak menu. Nic nadzwyczajnego. Proste, jasne, przejrzyste oraz mało ekstrawaganckie. Taki tak normalny zestaw od fish and chips po steki. Nie drogo, chwalić Boga pomyślałam (głupie, skąpe babsko!). No to sobie wybrałam kurczaka w sosie żurawinowym, kielonek czerwonego winka i herbatę. Tamcio jakiś Stek Pie.
Była szósta wieczorem. Wiocha na peryferiach. W pół godziny knajpa zapełniła się ludźmi do ostatniego miejsca! Dziwo jakieś pomyslałam, dopóki nie podano nam zamówionych dań. ZDĘBIAŁAM!! Menu moze i było niewyględne ale to co ja miałam na talerzu podpada pod dekoracje artystyczne! Bardzo to było smaczne. Zjadło się samo, bez udziału rozumu. Porcję na chłopa wsunęłam zapamietale. Już pominę grzecznie moje pastwienie się nad deserem, którego nie miałam ani siły, ani odwagi odmówić!
Knajpa jest zrobiona na portową tawernę i eksponaty wokół zgoła muzealne. Dzieci dozwolone a nawet oczekiwane, mogą byc dowolnie wrzaskliwe. Kelnerki z uśmiechem i zrozumieniem koło nich latają i w ogóle atmosfera fantastyczna.
Po takim obiadku dusza zaczęła mi się smiac głośno. Tamcio jeszce zajechał do Asdy żeby kupić film na wieczór: National Treasure 2 z moim ukochanym Nicolasem Cagem i tak leżąc potem na złączonych sofach oddawaliśmy się rozrywce do końca wieczora. Fantastycznie to na mnie podziałało. Spałam całą noc! Yupiii. No i dzisiaj lepiej.
Idziemy na szkołę rodzenia. Dzisiaj. Jessu…

Napięcie.

2 komentarzy

Napiety mam grafik.
Napiety brzuch.
Napięta jestem (i spięta też).
Grafik to tak: jeszcze 8 tygodni do Dnia Sądu. Ja się boję, ja mam stres, ja… panikuję.
jeszcze dwa tygodnie do przyjazdu CIOTKI z Londynka. I fajnie. Będzie rozrywkowo. I smakowicie też bo Tamcio sie odgraża że on teraz to pokarze talent. Johnowi chyba . Ciotka robiła popisy kulinarne w Styczniu jak byliśmy z wizytą i wypadła że och! No to sie Tamcio zawziął, ambicja nim trzęsie. Będzie zaglądał im w zęby i patrzył na reakcję. I tak wiem że się towarzystwo będzie dobrze bawić i JEŚĆ. Oraz wino pić. John jest typowym troszkę flegmatycznym Londonerem. Kto zna ten typ ten wie! Ale o dziwo złapali się z Tamciem za guziki i trzymają. Znaczy się jednostkowo się przyjaźnią.
Jeszcze 36 dni i Moja Mateńka z Tatulkiem zajawiają sie tutaj. Kurczę – to mnie wprawia w dreszcz szczęścia. Mamęcjo!!! Czekam. Napięta.
W ogóle to ja nie mam czasu. Musimy zrobic coś z pokoikiem. Musimy w ogóle tyle rzeczy że włos się jeży. a ja chcę na wakacje. Zapomnieć o brzuchu, o pośpiechu i nieuchronnym Dniu Bólu a po nim dniach możliwego (nawet całkiem prawdopodobnego szczęścia). Jesssu.

Obydwie jesteśmy dość świeżo upieczonymi żonami. Ja co prawda jestem świeższa, ale oni średnią wieku młodsi. Tradycyjnie nie daj Boże dać nam telefon do łapek i już mozna o nas spokojnie zapomnieć na co najminej godzinę. Kasia uprzyjemniła mi wczoraj całą drogę do domu pogadanką na temat naszych mężów. I nie byłoby w tym nic niezwykłego gdybyśmy nie popadły w nastrój iście rewolucyjny. Co prawda według tradycji właśnie nasze domy stoją i tak na głowach, bo jako jednostki zdrowe na umyśle traktujemy naszych mężów zgoła nie-tradycyjnie. Kto nas tego nauczył, nie wiadomo, bo przeciez nie doświadczenie. Kto wie. Może to zdrowy rozsądek, może wręcz przeciwnie. Dość, że doszłyśmy do wniosku że mąż nie jest:
a) maszynką do robienia i przynoszenia pieniędzy w zębach.
Czy on ma ambicję bycia profesorem zwyczajnym, skoczybruzdą, światowym kucharzem czy śmieciarzem to Jego sprawa. Nie pchamy ich tam na siłę gdzie nie chcą albo co prawda zarobią ale cierpieć będzie życie rodzinne z powodu nie rozciągliwej doby i potrzeby snu. Przeciwnie. Zapędy należy zbyt ambitnym hamować delikatnie, chyba że się jest harpią lub inną gangreną. Nic na siłę!
b) ojcem z doskoku
pozwólmy mu być ojcem dziecku. Nie sprzątajmy mu sprzed nosa obowiązku ojcowania. Zajmowania się dzieckiem od najmłodszych latek, bo mamusia wie lepiej. Dzielenie obowiązków to jedno, hegemonia to drugie. Z drugiej strony dać odsapnąć po pracy. On nie jest z kamienia.
Różne depresje poporodowe i po-poporodowe są stąd że mamunia usiłuje być wzorem, bierze wszystko na siebie i On nie ma odruchu pomagania po tym jak czwarty raz odsuwamy go od pieluchy czy rozbitego nosa. Albo wynoszenia śmieci.
c) podnóżek na rozkazy.
nie wymagajmy za wiele mąż też człowiek i to na równi z nami. Mamy gorsze i lepsze dni. Traktowanie przedmiotowe jest niemiłe i prowadzi jak powyższe do cieni i paskudnych sytuacji.
Ogólnie trzeba mysleć co się robi i nie grać primadonny najważniejszej na świecie. Piedestały z natury sa niezdrowe.
Czemu o tym mowa? 
Bo mam jak każda baba głupie tendencje i zachowania. Czasami muszę stawiać się do pionu. Proszę mi moje słowa przypominać.
Bo nie trawię babskiego cierpiętnictwa i wiecznego narzekania na mężów. Ma się tak jak się sobie poukłada!!!
Bo ogólnie lubię facetów i widzę że się motają. Baby tak samo należy edukować. Może mniej rozwodów by było?…
Proszę bardzo. Można polemizować.
Chętni?…

No tak. Kilka ostatnich dni należy skwitować dwoma słowami: pod psem. I to burkiem. Że nie lubię epatować nie-najbliższych swoim złym humorem tudzież łzami rzewnymi – milczałam i proszę mnie za to nie karcić. Ja tu jestem żeby Wam rzeczywistość ubarwiać a nie płakać i narzekać.
No. To się wytłumaczyłam i czuję się rozgrzeszona. A teraz do rzeczy.
W ramach rozpieszczania osobistej żony Tamcio zabrał mnie dzisiaj na lunch. I nie było by w tym nic dziwnego (albo szalonego zgoła)gdyby nie drobnych kilku faktów.
1. pracuję w dokładnie przeciwnym miejscu miasta niż Tamcio miał dzisiaj interesy do zrobienia.
2. mój lunch trwa pół godziny i ani kropli więcej.
3. korki panują niepodzielnie wszędzie…
Nie no… Wzruszył mnie i śmiem twierdzić że męża wygrałam na jakiejś loterii – cudem – bo normalnie płacę tylko podatek od szczęścia w postaci nie trafionych kuponów lotto albo innych zdrapek.
No i dusza śpiewa.
Ja wiem. On ma swoje wady. On ma nawet trudny charakter. Ale barszcz mu dzisiaj zrobię. I słodkie oczy. I w ogóle to go jakoś uczczę. Howgh!

i wcale proszę szanownego koleżeństwa nie przesadzam. I to jeszcze anioły cierpliwości.

Anioł pierwszy: co ten mój ślubny przeze mnie się ma…
„Taaamciooooo!!!!!
- Yes?
- Strrraszny film z porodu puścili. To okropne, nie zdążyłam przełączyć… Boję się!… Rany jak ja to zniosę, jak?! buuu (wpadam w histerię)
- E no co ty?! Przecież tam będę! Dam w mordę każdemu komu wskażesz, tylko spooooookoooojnie…..
- Tamcioooo…. a co jak odmówią Epiduralu?!….
- Nie odmówią. Masz wpisane w książeczkę. No chodź, nie histeryzuj…”
(po czym sadza mnie sobie jak małe dziecko na kolanach i głaszcząc po głowie mruczy zaklęcia)

Anioł Drugi:
Barbara. Tłumaczy jak chłop krowie na granicy państwowej. „Ten celulit to wodny. Zejdzie zaraz po porodzie.”. „Jaka gruba, gdzie gruba??? to woda i dziecko waży. Daj spokój szczurek jesteś” Z prowansji mi wino i ser przywiezie. I pójdzie na zakupy z kolacją i w ogóle wszystko. I ona mnie kocha. (a mnie broń wypada z ręki i jakoś mi tak…. lepiej)

Anioł Trzeci:
Victoria. Moja polożna. W NIEDZIELE rano mi przyniosła pas taki co by mi się biodra nie rozpadły. I jeszcze słucha jęków przez telefon i rehabilitacje załatwia coby rozlazłej babie ulżyć. Normalnie cudna jest. Chyba jej kupie po wszystkim wielką bombonierę czekoladek. Nie chyba. na pewno!

Anioł Czwarty:
Moja Mateńka. Najbardziej zrónoważona kobita na świecie. pół godziny gadek i jestem w komplecie. No nogach.

Cale Stado Aniołów:
Krewni Królika. Nawet nie wiecie wy wszyscy ile dla mnie znaczy takie wsparcie. Wszyscy którzy ze mną gadają, piszą i chadzają tu i tam. Jak ja się odwdzięczę???

Okno

2 komentarzy

Otworzyłam drzwi zbyt szybko. Klucz wszedł w dziurkę gładko i bezdźwięcznie, przekręciłam go jednocześnie napierając na drzwi jakbym za nimi spodziewała się azylu. I rzeczywiście. Kiedy z impetem wpadłam do przedpokoju zobaczyłam przed sobą krótki, ciemny hall i wileka plamę światła w miejscu drzwi do salonu. Ten blask zatrzymał mnie gwałtownie. Zdawał się drżeć i mienić jak secesyjny witraż. Powoli wzrok przyzwyczaił sie i zaczęłam dostrzegać szczegóły wnętrza. Po chwili nieco dłuższej niż mrugnięcie okiem weszłam dalej. Po lewej stronie stał duży mahoniowy stół i cztery krzesła wyściełane pluszem koloru starego złota. Na stole stał kryształowy wazonik, zupełnie taki sam jaki dostałam w spadku po babci, wysoki i smukły. W tle ściana delikatnie połyskiwała seledynową tapetą na której tle wisiały obrazy zamyślonych twarzy. Po prawej stało biurko. Wielkie, też mahoniowe, stylowe z oczywistą w tym wnętrzu mleczno-zieloną lampą rodem za lat dwudziestych. Za biurkiem biblioteczka której zapach starego piapieru wypełniał delikatnie przestrzeń. W pokoju stała jeszcze sofa z zielonym obiciem i stolik do kawy. Okno jedyne w pomieszczeniu wydawało się jakby wklęsłe od naporu zieleni spoza niego, słońce wpadając z impetem wydawało się aż szumieć zamiatając lakierowana sosnową posadzkę.
Pomyślałam, że tak właśnie wygląda czas zatrzymany. Przeczucie innych pomieszczeń skąd dobiegały mnie przyciszone dźwięki pianina. Tak wygląda mieszkanie gdzie bezczas stwarza poczucie stałości i bezpieczeństwa. Stare mieszkanie w starej Warszawie. Tylko wyjć z kredensu fajansowe filiżaniki i zaparzyć herbatę. Za chwilę przyjdzie ciocia, czy tez babcia i przyniesie lukrowane pierniczki…
Spokojny sen zaczął odpływać. Widziałam samą siebie siedzącą na sofie, zapatrzoną w okno szczęśliwą i spokojną z oddalającej sie płunnie perspektywy. Sen – marzenie. Sen o…

Przede wszystkim to ją kupiłam w sklepie. W puszce, w sosie własnym. Tydzień stała zanim wymysliłam co z nią zrobię. I po gubszym namyśle i paru minach Tamcia wyszło mi spagetti a’la (konkurs: a’ala co? Pomysły prosze dopisywać podspodem w komentarzach).
Makaron jak zwykle wyszedł mi al’dente i dobrze, bo rozdyźdanego niecierpię.
A sos tak:
Pokroiłam cebulę i wrzuciłam na oliwę z oliwek na patelnię. Dwa pomidory w kostkę, kilka Oliwek i dwa zabki czosnku. Podsmazyłam wszystko razem i przelałam do garnka. Dodałam kostkę rosołową – rybną, pokrojoną ośmiorniczkę, doprawiając ostra papryką i pieprzem. Można dodać przecieru pomidorowego. Zagotowałam i tuż przed zestawieniem z gazu wsypałam dużą łychę parmezanu.
Sama sobie jadłam bo pan mąż stwierdził, że ośmiornicę to on lubi… oglądać. I dobrze mu tak bo ja się najadłam i dobrze mi na duszy.
A teraz pozwolicie, że zalegnę na kanapie.
Pozdrawiam…
Zaraz!!! Nie ma już lodów w lodówce!!! O zgrooozo!!!

Deszcz deszczy deszczem deszcząc deszczem deszczyście… Szkocja. A mnie pcha do gór i lasu. Nawet w deszcz – bo Skotlandia jest piękna i pokryta mgłami. Właściwie to cała jej tajemniczość polega na otulaniu się mgłą i deszczem.
Tesknię za Glen Muick i chyba namówię ślubnego na jakąś wycieczkę niedługo. Kiszę się w mieście i nie mogę oddychać.
Ja w ogóle leśny człowiek jestem i całkiem szczęśliwie zamieszkałabym w leśniczówce gdzieś po środku Highlandów. Poproszę tylko o towarzystwo męża, dziecia, kotów i tabunu Rodziny Przyjaciół wpadających co jakiś czas. Pamiętacie?:

A jeśli dom będę miał, to będzie bukowy koniecznie,
pachnący i słoneczny…(…)
Szukam szukania mi trzeba
Domu gitarą i piórem
A góry nade mną jak niebo
a niebo nade mną jak góry

Kraina łagodności śni mi się po nocach. Harcerstwo, głusza lasu, potem Jagniątków i Karkonoski Park i… koncerty pod gołym niebem w Borowicach z Turanauem, Raz-dwa-trzy, Wolną grupą Bukowina i SDM-em.
Wracam w Karkonosze.
Albo Glen Muick.
Albo nie wiem gdzie…


  • RSS