Stary rok się kończy wybuchami chichotu. Takiego szczęśliwego więcej. No bo tak: Tamcio wreszcie ma fajową pracę – rok w agencjach czego wrogowi nie życzę.
I wreszcie pojedziemy do Polski do nowego domu na totalnej, nadmorskiej, pachnącej wsią - wsi. Tą wieś to ja już kocham. Konie są u sąsiada, Widoki z chaty na morze, jezioro i las i wieś i wierzę kościółka. Sielsko anielsko. Ochrzcimy belzebuba, i porobimy w ogrodzie i pogrilujemy iiiiiii… Och niech juz będą następne święta!!!
I kończę remont – juz tak mało zostało!
I nasza Barbara wychodzi za mąż i będę druchną! Mam nadzieję, że nie wymyśli sobie różowej bridesmaid bo sobie ogolę głowę w ramach protestu!
I zima jest. No może przesadna ale jest. Prawdziwa polska zima w Szkocji. A te głupki na letnich oponach! Nawet mój mężon ma uniwersalne (to znaczy mężona ukochany Mondziak) i też jeździ z duszą na ramieniu. Dziecko ma radochę z tarzania się w śniegu, co ciekawe nawet przemoknięty nadal ma ciepłe dłonie. ZERO kataru, zero przeziębień i marudzenia.
I za miesiąc wracam na grzbiet konia!
Wiecie, ja jestem szczęśliwa kiedy mam na co czekać, dokąd iść. Stagancja i bezruch mię dobija.