Jadę do Polski na tydzień pod koniec miesiąca. Oraz wcale sie nie cieszę. Polska biurokracja mnie dopadła i dusi.
(nie będę klęła… nie będę klęła!… nie będę GŁOŚNO klęła!!!!)
Po śmierci taty trzeba wreszcie pozałatwiać sprawy spadkowe, rentowe dla mamci, psie, urzędowo sklarbow i Bóg-wi-co jeszce.

Wiecie, ja juz osiwiałam. nie wiem czy się da jeszcze bardziej.
Ale zawsze moge jeszce dostać
a) zawału (i jak spodkam TAM tatę to mu nagadać do słuchu)
b) rozstroju żołądka (najlepiej w kolejce w ZUSIE)
c) malusiej przytulnej depresyjki.

Chociaż wam z innej strony powiem tak:
juz wiem, że w TAKICH sytuacjach poznaje sie ludzi. I z tej najlepszej, najbardziej pomocnej i uczynnej strony. I z tej najgorszej.
I wiecie co? zwykle jest to na odwrót niz sie spodziewasz.

Nie nie opowiem.

Jeszce mnie boli.

Jak odpuści to powiem. Ważąc słowa.