kraina-deszczowcow blog

Twój nowy blog

Romansujmy ze swoimi mężami, żonami, partnerami. Zwał jak zwał, byle było ciekawiej. Czytalam ostatnio że temperatura w związku zależy również od tego jak często zdarza się nam „podrywać” swoją drugą polówkę. Hmmm.. Ja na Gółwnego Szpiega wciąż patrzę właśnie jak to cielę na malowane wrota i chyba tak mi już zostanie. Tajemnica w tym jest że trzeba swojego męża podziwiać i o tym mu mówić. Wtedy sama czuję się podziwiana bo to wraca w postaci dopieszczeń i starań, żeby ten stan utrzymać.
Trzeba sobie szeptać na uszko, dzielić małe tajemnice, uśmiechać się ciepło i ze zrozumieniem.
Hmm. Kochani napiszcie o waszych przemyśleniach!

Dzień za dniem się wlecze że depresji można dostać. Kuchnia stoi odłogiem, bo mąż moj zapracowany jest okropnie, a mnie samej zrobienie rosołu to tyle co wstawic wode na herbatę. To też nuda kulinarna aż śpiewa. Poszukuje przepisu na prawdziwy mazurek, taki tradycyjny, nie byle co mazurkopodobnego. Liczę tutaj na szanownych Czytelników – podrzućcie coś, bardzo proszę!
Basieńka nasza kochana zdaje dzisiaj egzamin ze specjalizacji i mam w związku z tym lekkie trzepotanie komór sercowych. Że ona zda to jakoś wątpliwości nie ma nikt, oprócz jej samej. Ja licze że może odzyskam przyjaciółke bo jak sama mówiła przedwczoraj od nadmiaru wiedzy dostaje podwójnej schizofrenii. Będę mogła do niej teraz bez wyrzutów sumienia dzwonić ile wlezie oraz mieć „interesa”. Obiecała pierogi i słowa dotrzyma. Dziwne może się niektórym Czytelnikom wydawac że nie na przykład pójście na wódkę co by egzamin oblać, ale wyjaśniam w te pędy że ja na wódke to się nie nadaję bo mi nawet wino nie chce wejść ostatnio wcale. Moje dziecko mniemam będzie upierdliwym abstynentem.
Malinowi cali są w rozjazdach: Tymon (dziecko nad-grzeczne) pojechało do Babci, do Polski, Tomek wczoraj go do Edynburga odwoził co u Maliny z kolei wywołało smuta na pysiu i trzeba było ja ratować.
No to ratowalismy ją oglądając „Nigdy w życiu!..” ze Stenką w roli głownej. Coż za fantastyczny film! Uśmiałyśmy sie potężnie i jakoś tak ciepło nam w okolicach osierdzia się zrobiło. Malina na końcu sie tak popłakała ze jej okulary mgłą zaszły. WCALE nie przesadzam.
Przy okazji: dziekuje za wpisy i prosze o więcej. Jako że prawdziwa cnota krytyk się nie boi, dziekuję również mniej przychylnym, obiecując że nie bedzie to blog tylko kulinarny.
Ach! prosze zajrzec na blog Biszopa. Polpłakałam się ze smiechu przy poście o chrapaniu!.. Z ręką na sercu: POLECAM!

Wczoraj w BBC nadano program o Polakach w GB do którego świerzbi mnie żeby się odnieść. Nie chcę mówić o nas samych, bo sytuacja jest jasna i klarowna, ale o reakcjach na problem w ogóle. Brytole coponiektórzy chcieliby ograniczyć napływ Imigrantów, i wcale im się nie dziwię, są nas dziesiątki tysięcy tutaj. Myślę że podobnie Polacy zareagowaliby na nadmierny napływ imigrantów do Polski. Jest to dla mnie zrozumiałe.
Nie odbieramy im pracy, bo większość z nas bierze robotę na która mlody Brytol ani spojrzy. Pracownicy fizyczni = Polacy budują ten kraj i płacą podatki. Wcale nie zdzierają benefitów, ktoś słusznie zauważył że benefity tutaj to forma oddawania obywatelowi nadpłaconego podatku z tytułu należących się ulg. Poza tym – jak się należą to owszem, należy brać.
Integrujemy się i pniemy po drabinie społecznej dzięki ciężkiej pracy. Jesteśmy SZANOWANI.
Ale nie o tym chciałam.. Pan Prezydent Gdańska przyjechał do Peterborough namawiac rodaków do powrotu na łono ojczyzny. W skrócie to został wyśmiany. Przeze mnie też. I tu spotkała mnie miła niespodziewajka. Tam oświadczył że on chętnie pojedzie, bo wierzy w ten kraj! On prosze was wierzy że tam jest i będzie coraz lepiej, że wracać teraz zanim towarzystwo wróci, bo potem może być trudniej z pracą i w ogóle. Mówi że zdążymy z Euro 2012 i nie będzie wstydu…
Nie powiem, zrobiło mi się bardzo przyjemnie, ale też włos mi się zjeżył: jak to TERAZ?! No i mam mały dylemacik.
Programów i artykułów mniej lub bardziej przyjaznych o polonii naczytalam sie już tutaj do bólu. Zaskoczyła mnie reakcja Tama na tenże a szczególnie słowa: Ty patrzysz na Polske przez pryzmat przeszłości, doświadczeń – ja patrzę w przyszłość.
Kurcze! GOOD POINT!
Ale pod skórą dylemacik pozostaje.
Dno i wodorosty.
Co wy na to???

Nie da się zrobić żurku bez choćby podstawowych produktów rodem z Polski. Tu w Szkocji na przykład nie mają zielonego (czerwonego też nie) pojęcia o białej kiełbasie. W ogóle o kiełbasie jako takiej…
Żeby zrobić Tamciowi prawdziwy, maminy żurek musiałam zaopatrzyć się również w poski zakwas, bo tu rzecz to kompletnie nie znana.. całe szczęście że w Aberdeen jest co najmniej kilka sklepów z żywnoscia sprowadzaną z Polski.
Pogoniłam tedy mojego zapracowanego małżonka tam gdzie bije źródełko i oprócz produktów na upragnioną zupę, kupilam również kiszone ogórki na które mam ostatnio szaleńcze zachcianki, wędzony boczuś oraz pierogi przeróżne mrożone.
Resztę składników już spokojnie można nabyć w Lidlu (o Mekko!). Tak, proszę się nie smiać! Nawet niemieckie produkty spozywcze są lepsze niz to co w Szkocji sprzedaje sie masowo w supermarketach!.. O ironio! Pomidory maja zapach i smak mają jabłka! Co innego kupować na wsi. A tak właśnie, jedzie się raz w tygodniu na targ – jak Bóg przykazał wiejski i szalej duszo!
Żurek zrobiłam, podobno nawet równie dobry jak robi Moja Szanowna Rodzicielka. Wyczyn więc mi sie udał. A robiłam tak:
Włoszczyznę (z Lidla) zagotowałam w towarzystwie listka laurowego i ziela angielskiego i trzech kostek rosołowych. Pokroiłam w kostkę boczuś wędzony i cebulę, usmażylam i dodałam do gotujacego się bulionu. Wrzuciłam kilka ząbków czosnku i pieprz ziołowy. Gdy włoszczyzna zrobiła się miękka wyłowiłam ją i pokroiłam w kosteczkę dodajac na powrót do zupy z kilkoma obranymi i pokrojonymi ziemniakami. Dodalam zakwasu gotowego z butelki, doprawiłam śmietaną (single cream) i do smaku solą i pieprzem czarnym. Białą kielbasę wrzuciłam w całości bo podaje sie ją u mnie w domu oddzielnie z ziemniakami puree i sosem chrzanowo-smietanowym.
Podalam wlaśnie tak. Żurek w miseczkach a kielbaskę w nim gotowaną na drugie danie.
Polskie jedzonko jednak jest na topie. Tamcio się odgraża że Easter Dinner zrobi po swojemu. A jużci! Goscie zapowiedzieli się już grupowo. Szaleństwo kulinarne to będzie, co tez napewno wam opiszę. Tymczasem!

Po sobotniej wizycie w Livingston i Edynburgu i zakupieniu ulubionej zabawki mojemu mężowi (nowego samochodu) w niedzielę wybralismy sie z Malinowymi do lasu. Uzbrojeni w wytrzaśniętą skądinąd przez Malinę wędzoną kiełbasę, kawę w termosie i coś koło 10 bułek z niewiadomo czym wyruszylismy żółtym szlakiem. Jak na Szpiegów z Krainy Deszczowców przystało zboczylismy z uprzednio obranej drogi i jak to zwykle bywa nadłożylismy spory kawał drogi. Muszę się przyznać,że ci któży mają odwagę (albo szaleństwo w sercu) jeżdzić z nami na wycieczki muszą miec również do nas szczególną cierpliwość. Zgubimy się zawsze, zaplączemy w celach rozrywkowych gdzie popadnie, marznąc przy tym , moknąc i tak dalej. Nigdy tylko nie jestesmy przy tym głodni bo nawet na kawę w krzakach (wypad dwugodzinny) zabieramy ze sobą wałówkę.
Tak więc Malinowi na własnych skórach doświadczyli po raz pierwszy jak się kończą wycieczki z nami. To ze obie z Maliną siąpimy nosami w żadnym razie nie dziwi.
Wiosnę przyłapaliśmy na gorącym uczynku, w lesie dostrzegając dywany istne przebiśniegów i krokusów. Już jest. Zima jeszcze się odgraża – w nocy dzisiaj spadł śnieg (jakieś 3 cm) ale to juz jej ostatnie podrygi.
Ogłaszam zatem: Sezon rozpoczęty i prosze się nie spodziewać mojej dostępności w chacie.
Będę pisać z podrózy.
A! Nie radze popijać kwaszonych ogórków z polskiego sklepu kefirem. To się napewno źle kończy!…
Tymczasem!

Malinowi przylecieli na obiado-kolację czekając na nasz powrót z pracy pod drzwiami, biedaki zmarznięte. Nasza to była wina bo robilismy zakupy supermaketowe rownież na nasza jutrzejszą wycieczkę do Edynburga i trochę nam sie przeciągnęło.
Tamcio postanowił zrobić coś łatwego ale treściwego i zdecydował sie na „Fish pie”, czyli zapiekaną rybę.
Kilogram Haddocka czyli dorsza kroi sie na kawałeczki i zalewa mlekiem. Podgrzewamy na małym gazie przez 10 minut. W tym czasie pół kostki masła rozpuszczamy w misce i dodajemy tyle mąki żeby konsystencją przypominało gestą śmietanę. Wlewamy masę do podgrzanego mleka z rybą i zagotowujemy ciągle mieszając aż zgęstnieje. Obieramy pół kilograma ziemniaków i kroimy na plasterki i gotujemy ale tylko do momentu kiedy zaczynają byc półtwarde. Masę z garnka przelewamy do żaroodpornego półmiska i przykrywamy ją plasterkami ziemniaków. Wstawiamy do piekarnika na około czterdzieści minut i podajemy na stół.
Dobre to i syte. Można wrzucić do ryb owoce morza: kraby, krewetki i tym podobne. Troche ubarwi talerz.
Malinowa zaprosiła nas na Szczawiową w przyszłym tygodniu. Ciekawi mnie czy Tam polubi.
Dzisiaj uciekam, spróbujcie przepisu, bo warto. Pozdrawiam.

Tamcio ma urlop wiec z nudów zapewne uczy sie Polskiej kuchni. Zaskoczyl mnie pytaniem jak właściwie po naszemu nazywa się ”Grandfather Soup” bo on ma cos takiego w ksiązce… No i zabij mnie nie wiem. Po zobaczeniu efektu na wlasne oczy skonstatowałam, że to najzwyklejsza Cebulowa jest, tyle ze z kluskami.  Dobra mu wyszla. Lekka i treściwa. Co do ksiązki to może i fajna, ale nazy są… nieadekwatne.

Na drugie bedzie gulasz. I tu zrobił nam się domowy konkurs. Do tej pory mistrzynią w robieniu wszelakich rodzajów byłam ja, a tu Tamcio postanowił mi zaimponowac i zrobic jak Bóg przykazał Gulasz Wegierski z knedliczkami. Tu przypominam towarzystwu ze knedliczki jakkolwiek czeskim są wynalazkiem to ma je w menu cała środkowa europa od Bałkanów po Estonię. Na razie z kuchni dochodzą grożne okrzyki (knedliczki robi pierwszy raz! hehe), ale pachnie znakomicie. Ja do Gulaszu normalnie wrzucam pomidory, marchewkęi kolorową paprykę. Ten przepis mówi tylko o zielonej i ostrej czerwonej. Poczekamy, zobaczymy.

Z kolei ja odkryłam dzisiaj smak prawdziwej Lemoniady. Kupilismy w Sainsburym. Ciekawy smak.. Bardzo odświeżający. Polecam.
Idę sobie teraz popatrzeć co on tam cuduje. Mam nadzieje, że zrobiłam wam smaka!

Malinka ugościła nas wczoraj żurkiem i makaronem w sosie grzybowym z kurczakiem. Można od razu zacząć bić brawa bo było to zrobione pierwsza klasa. W tym kraju zrobic dobry żurek to jest trudna sprawa, ale przy odrobinie inwencji i wyobraźni można. Malinka już kilka miesięcy temu nauczyłam mnie jak się żurek robi, bo będąc młodą i niezależną panienką (sic!) do kuchni w domu rodzinnym nabożeństwa nie mialam i  wchodziłam tam tylko pozmywać. Tamcio polską kuchnię wielbi wręcz co wszystkich z początku napawało zdumieniem. On wie co dobre, sprzeczać się nie ma sensu. Polska kuchnia jest różnorodna i ciekawa. Prym wiedzie barszczyk czerwony i Tatowe gołąbki. Te gołąbki próbuję kopiowac, ale moj mąż twierdzi, że takich jak Tata robi w życiu mi się nie uda i pozwala grzeszyć tylko dlatego że rodzice aktualnie są pięć tysięcy kilometrów stąd. Niech no tylko zaś przyjadą (obiecuje sobie Tamcio) będzie uczta i wyżerka.
Abstrachując od kuchni. Ludzie mówią że pojawienie się dziecka wywraca zycie do góry nogami. A ja sobie dzisiaj uświadomiłam, że owszem dużo zmienia ale raczej dopełnia układankę. Udało mi się ułożyć sobie życie w sam czas i po kolei. Myślę sobie, że dziecię teraz będzie fajnym zamknieciem kręgu. Wisienką na torcie.
Kopie mnie już. Zaczęło wczoraj. Jak ja na to czekałam!!!

Postanowilam ruszyć się wreszcie i zrobić prawo jazdy. Jeździć umiem, tylko ten test. A tak serio to muszę sobie przypomniec jak, bo owszem jeżdziłam ale jeszcz w Polsce. Kierownicy w ręku nie mialam ze trzy lata. No i oczywiście po tutejszej stonie drogi. heh. No nic. Kasieńka (moja siostra świeta) przysłała mi ksiązkę z owymi testami i własnie przystępuje do boju. A’propos boju. Jako ze jestem zakamieniałą fanką Celticu, dzisiaj oglądamy mecz u Malinowych. Artur Boruc ma dzis urodziny. Prosze wypić jego zdrowie przy okazji. W związku z powyższym nie planujemy dzisiaj gotowania. Tamcio lata jak z pieprzem załatwiając moje sprawy, toteż mając litość dla niego obejdziemy sie pizzą.
Jeśli chodzi o kuchnię to dostaliśmy w prezencie fajnie wydaną ksiąkę kucharską, po angielsku z przepisami polskimi, ukraińskimi i bawarskimi. Bardzo pięknie ilustrowaną i ku mojemu zaskoczeniu znalazłam tam nasz ukochany warszawski Tort Migdałowy. Jak od Bliklego. Tytuł jesli chcecie i autora podam, bo moze ktoś by chciał też zakupic.
Tymczasem jak juz wspomnialam Malinowi mają dzisiaj nalot. Celtik wygra. a Barca niech sie powiesi.
Tymczasem!

Skargi same niewdzięczne wczoraj słyszałam. Że to niby za dużo bylo, że trawienie nienadąża i w ogóle że to tak nie można. Otóż oświadczam, że można i nawet czasem trzeba obeżrec sie nieprzytomnie jako i napić także. Od dawna marzy mi sie uczestnictwo w prawdziwej Sarmackiej uczcie – a to tylko namiastka była!…
Drugie danie, a właściwie posiłek główny to były steki. Krwiste, piękne prosto od lokalnego Butchera (rzeźnika po naszemu).
Kawały mięsiwa zostały najpierw zamarynowane w oliwie z oliwek, soli morskiej i pieprzu ziołowym i odstawione na dwie godziny. Jesli podajemy je Naszym Przyjaciołom zawsze zapytajmy jak lubią żeby były podane. Jedni lubią krwiste (po 3 minuty pod grillem z każdej strony) inni zrobione na zelówkę (wydłużamy czas pod grillem, przekładając z boku na bok co kilka minut). Wrogom mozna dać jakkolwiek i tak powinny stanąć im w gardle.
 Do mięsiwa ZAWSZE podajemy sos. Tutaj inwencja twórcza może nie miec granic.
Tym razem Tamcio zrobił sos z czerwonej cebuli w winie z rozmarynem. Kupujemy warzywa jak na rosół, zalewamy woda i gotujemy. Nie trzeba sie bawic w rozdrabnianie czy obieranie cebuli (i tak to wszystko potem sie odcedza i wyrzuca). Do wywaru dodajemy 4 kostki bulionu wołowego – musi byc treściwie – oraz dwie gałązki świeżego rozmarynu. Cebula do wywaru musi byc biała, cztery dorodne czerwone cebule kroimy w półplasterki i czekamy na jej kolej.
Gotowy wywar zalewamy czerwonym winem, dodajemy czerwoną cebulę, posiekany świeży rozmaryn, czosnek i gotujemy. W innym garnuszku mieszamy 50g brown sugar (cukru brązowego, sypkiego choć pół wilgotnego) i tyleż samo balsamic vinegear. Zagotować to i dodac do sosu. Sos musi gotować się dość gwałtownie przez około godzinę tak żeby miał szansę odparowac w dużej części. Sos powinien mieć kolor brunatno – czerwony. Jesli wciąż jest zbyt płynny zagęszczamy go mąką ziemniaczaną: wsypujemy łyzkę mąki do salaterki i zalewamy zimną wodą. Mieszankę powolutku wlewamy do wrzącego sosu i mieszamy az zgęstnieje. Teraz dopiero doprawiamy pieprzem i solą.
Sosikiem polewamy steki już na talerzu nie żałując cebuli.
Tamcio zwykł podawac warzywa na półmiskach. Na jednym znalazły sie zblanszowane (podgotowane krócótko na parze): mini kolby kukurydzy i zielone strąki fasoli Mamut. Na drugim półmisku znalazła się pokrojona w słupki i ugotowana z odrobiną cukru marchewka a na ostatnim… i tu prosze Państwa geniusz mojego męża objawił sie silnie: Gotowane i lelkko podgrillowane pataty z rozmarynem. Połaczenie fascynujące zgoła. Nie zmasakrował ich wcale, pokroił w cząstki wzdłuż i tak podal.
Goście nieomalże wyrywali sobie pólmiski z rąk i zakrapiali winkiem tez czerwonym, do smaku. Tym razem to było australijskie cabernet, ostre wytrawne i cięzkie. Jako że babom w ciąży alkohol nie służy umoczyłam tylko dzioba pro-forma. żal mi bylo bo TAAAAKI obiad należy pożądnie uczcić. Ale nic to Baśka (jak mawiał Wołodyjowski), nic to… Jeszcze sześć miesięcy.
A teraz wybaczcie mi proszę – o deserze napisze kiedy indziej – Tamcia muszę bowiem wząć na spytki i wydusić przepis bardziej energicznie na co mi wciąż pełny żołądek nie pozwolił dotychczas.


  • RSS