kraina-deszczowcow blog

Twój nowy blog

Dzieńdoberek!!!
Zanim będe łaskawa zaserwowac wam przepisy z wczorajszej uczty podpowiem jak ugościć Naszych Drogich Przyjaciół francuskim sniadankiem.
Jaja prosto od chłopa (NIE kastrujemy!!! Wiejskie maja być!)wbijamy do michy i bełtamy na piankę. Dodajemy odrobinkę mleka. na 8 jaj około pół szklanki. Możemy śmialo wykorzystać mikrofalówke, w smaku niczym sie nie różnią od tych z patelni i nie trzeba dodawać tłuszczu. Podgrzewamy dokąd nie staną od czasu do czasu mieszając. Najmłodszego wysyłamy do sklepu po croissanty.
Podajemy na stół oliwki i jakis sok, najlepiej z grejpfruta, owoce w czastkach i kawę. Croisanty nadziewamy jajkami i na sekund pięć wkladamy do dobrze nagrzanego piekarnika żeby wszystko było na ciepło.
Gotowe. Lekkie acz pożywne i cholesterol pod kontrolą.
Wracam wieczorem i piszę. Teraz idziemy na plażę pooddychać świeżym morskim powietrzem. w Aberdeen dzisiaj slonecznie, szkoda siedziec w domku. Narka!

Malinowi zjawili się brzaskiem nieomalże okolo trzeciej po poludniu wyglodnieli i zmarznięci zaraz po spacerze w pobliskim parku. Już w drzwiach przepraszali że tak wczesnie, bez sensu troche, bo wiadomo, że do do Naszego Domku najlepiej  wpaść własnie na glodzie. Zresztą i tak nie pomogło bo kolacja była proszona na 7.30 co by Barbara od rana się do nas wybierając na wieczór dotarła. Tu wtrącę mimochodem ze Basieńka osoba wspaniala skądinad, spóźnia się konsekwentnie, zawsze około godziny.  O suchym pysku przepękali więc do jej przybycia, powitanego brawami, bo o dziwo tym razem przyszła tylko 10 minut po czasie.
Zaczęlismy od zupy z pomidorów (Tomato and Basil) proszę nie mylić z polską Pomidorową.
Dwa kilogramy pokrojonych pomidorów, dwie duże cebule, kilka cząstek czosnku  wrzucamy do garnka i  podgrzewamy  na wolnym ogniu nie dodajac ani kropli wody tylko łyzkę stołową oliwy z oliwek do momentu aż zrobią się miękkie. Wlewamy okolo 50 gramów przecieru pomidorowego i okolo pół litra wywaru warzywnego. Dodać trzy puszki gotowych grubo posiekanych pomidorów, wszystko razem podgotować i zmiksować. 100 g brazowego cukru z 100ml octu balsamicznego (balsamic vinegear) zagotowac, dodac do zupy i zagotowac ponownie. Dodać 300ml słodkiej śmietany , około 25 gram swieżej bazylii i doprawic do smaku. Podaje sie taka zupę z kropelką kwaśnej śmietany i francuską bułeczką.  Broń was Panie Boże potraktować zupy makaronem albo ryżem. Wystarczy że zupa sama w sobie jest gęsta.
Ponieważ po starterze musielismy odpocząć ja też to zrobię – wybaczcie, ciąg dalszy jutro.

Wczoraj widzialam moje malenstwo, wzruszajaca chwila. Mam namacalny dowod, ze jest, ze istnieje we mnie i jest JEDNO kochana rodzino. Jedno mowie bo co poniektorzy wciskali mi blizniaki w brzuch… uff.. Jednak nie i chwalic Boga!
Ruchliwe toto nieprzytomnie, wierci sie i plywa sobie w najlepsze. Przyznam sie, ze mi oczy mocno zwilgotnialy i jestem bardzo szczesliwa. Oboje nas tknelo co do plci – ale wam nie powiem. Spekulacje mozna miec, pewnosc kiedy sie wykluje.
Zdjecia zrobiono malenstwu trzy. Nie bylo to latwe zadanie bo jak mowilam zlapac je w bezruchu albo w dobrej pozycjii przypominalo probe sfotografowania kijanki. Ale je mam i nosze przy sobie. Zaczelismy 13 tydzien.
Kulinarnie dzisiaj posucha, Tam jest w pracy, ale prosze szanownego towarzystwa jutro gotujemy to i wam wiadomosci z pola bitwy zbloguje. Tymczasem Pozdrawiam!

O godzinie szalonej jak na ekscesy kulinarne, 23.30, przyszlej mamusi  zachcialo sie jesc. Ssanie poczulam co prawda juz w polowie przedtem ogladanego filmu o Szczurku Ratatoulie co to koniecznie chcial zostac Kucharzem, ale usilowalam je zignorowac , myslac ze moze jednak do rana dociagne…Chodzilam kolo lodowki dobre dziesiec minut nie mogac nic sensownego wymyslec. Lodowka pelna ze sie drzwiczki nie zamykaja, a ja nie mam co jesc! Owszem, produkty leza przygotowane na sobotnia uczte, cos na kanapki tez sie znajdzie ale inwencji mimo glodu nie mialam za grosz! Juz mialam zrezygnowac z silnym postanowieniem ze jednak poczekam, a tu w drzwiach staje moj ulubiony czlonek rodziny. Niesmak i oburzenie mial wymalowane na twarzy ale oczka cos podejrzanie blyszczace. Po czym z ulubionym tekstem na ustach: „You are pain on a…” przystapil do wydawania krotkich acz tresciwych rozkazow: Deska do krojenia! Noze! Patelnia! Oliwka!Chaos zapanowal z miejsca w dosc swiezo posprzatanej kuchni. Na deske wjechaly kolejno: duzy pomidor, fasolka „Mamut”, mini kolby kukurydzy – sztuk dwie, czerwona cebulka oraz szczypiorek. Pokrojone na dosc drobno warzywka zostaly podsmazone. Rozbeltane jajka z odrobinka smietany , soli i pieprzu trzeba wlac na to wszystko, szybko zmieszac i zostawic zeby sie scielo pod spodem. Wyraznie dobrze bawiacy sie Pan i Wladca oswiadczyl (patrzac jak przebieram nogami przy kuchence) ze to nie jajowka i trzeba delikatnie i powoli. Poczekac az sie zrobi na okolo brazowa skorka i wtedy wlozyc patelnie z zawartoscia pod grill. Odczekac az sie gora zetnie i… na talerz. Kochani pamietajcie, ze Omlet na talerzu ma byc zlozony w pieroga, inaczej to nie Omlet – ale rozdyzdana breja. Jedzenie o dwunastej w nocy nie sprzyja trzymaniu linii ale za to jak wspaniale robi na relacje malzenskie! Czego i wam zycze!Pozdrawiam.

KRAINA DESZCZOWCOW OD KUCHNI

 Osoby Dramatu. 

Ja – osóbka mało wybredna, ale zjeść dobrze lubi. Żona.

 

Kucharz – osoba najważniejsza, bez której tylko kaszanka i to bez cebulki. Mąż.

 

Malinowi – rodzina zaprzysięgłych Przyjaciół, bez których dramat nie ma pieprzu.

 

Barbara – osoba śliczna, stateczna i cudownie ironiczna. Tez kocha zjeść. Słodzi atmosferę.

 

Koty – bliźniaki sądząc po minach gotowe na podjecie tematu: kuchnia.

 

Osoby luźno związane – przygodnie zamieszczane Osobistości, co też lubią wpaść i się pożywić do naszej Jaskini Rozpusty.

 

 
 

Rozdział pierwszy:


 

   Jak zawsze z Kucharzem szukamy powodu do popisów kulinarnych. W tym tygodniu trafia się Walenty, toteż wici rozesłałam i goście (ach Goście!) zostali zaproszeni. Nie tyle nawet zaproszeni, co poinformowani o terminie, bowiem towarzystwo się już tak nauczyło, że zapraszać nie trzeba tylko podać hasło: „Żarcie” i wszyscy się zbiegają choćby cierpieli na podagrę albo i co gorszego.

 

   Jak zwykle wino kupują przybywający, przy czym nie gardzi się winem z Lidla ani tak zwanym Francuskim – Lepszym. Wszystko pod warunkiem zachowania przyzwoitości i jeśli mamy rybę to proszę nie wystąpić przypadkiem z czerwonym. Ja wiem ze teraz to i Czeskie Stolcowe z kartonu można – ale zachowajmy formę.

 

   Zakupy zrobione w pobliskim supermarkecie zostały już wczoraj wieczorem. Ale o tym będzie następnym razem.

 

   Marzyły mi się Mussels in white wine & Garlic sauce (Muszle w sosie czosnkowo- winnym) na kolacje wczorajsza, toteż pierwszy przepis podaje jak leci (doskonale na detox i szalejące hormony):

 

   Kupujemy Muszle gdzie bądź. Może być supermarket, byle by były świeże. Nie otwarte, trzymane w chłodzie a najlepiej w lodowatej wodzie. (jak Morze Północne w lutym na przykład). Cala siatkę po przyjściu do domu wysypać do zlewu i zalać wodą. Zimna, bo to jeszcze żyje! Fajne wrażenie robi, kiedy te otwarte nagle się zakleszczają z powrotem. Tym sposobem mamy i jedzenie i akwarium w jednym.

 

   Kroimy dwie cebulki na pól i: Na Plasterki!!! – jak zdaje się bojowo wrzeszczeli Zbójcerze z Kajka i Kokosza. Wrzucamy do dużego gara dodając kawał masła, szklankę białego wina (byle jakie, byle było) i duuuuzo czosnku zmasakrowanego na miazgę (zabawa na całego). Sól, pieprz oraz odrobinka soku z cytryny. Malutko – tylko dla aromatu. Gotujemy aż cebulka zmięknie.

 

Do wrzącego gara wrzucamy muszle, mieszamy i przykrywamy, co by się owe udusiły. Czekamy siedem do dziesięciu minut i wyrzucamy wszystko na sitko. Odcieknięty sos wlewamy z powrotem do gara, doprowadzamy do wrzenia jeszcze raz i podlewamy śmietaną.

 

Muszle przerzucamy do głębokiej michy i zalewamy sosikiem. Posypujemy lekko pietruszką (Parsley to się tu nazywa) i na stół!

 

Podajemy z chrupiącą francuską bulką i masełkiem.

 

Bardzo ważne!: nie ugotowane muszle: wyrzucamy WSZYSTKIE otwarte, po ugotowaniu odwrotnie: wszystkie ZAMKNIĘTE. To oznaka nieświeżości.

 

To jest danie jednomichowe. Wszyscy maczają palce w tym samym naczyniu – bo to zbliża ludzi (jak ktoś jest obrzydliwy nie radzę próbować). Duuużo śmiechu i zabawy z tym jest. Robi się to 10 minut, a impreza trwa w nieskończoność, szczególnie jak się białe wino przed Gośćmi postawi.

   Ja wczorajszą porcję pożarłam samodzielnie i to bez wyrzutów sumienia. Dobre nie tuczy!

    W oczekiwaniu na sobotę: Tymczasem!

Nasz Domek jest otwarty. Zawsze mozna wpasc. Jestesmy jak w piosence „Gitara i Piorem” SDM-u
Calkowicie oddani Naszym Przyjaciolom, Razem tworzymy Rodzine. Zapraszam od dzisiaj takze na blogu.
Prosze zdejmijcie buty, i siup na kanape zaraz obok Panstwa Kotostwa.
Cos do jedzenia zawsze sie znajdzie.
Przytulcie sie do nas i juz wam Opowiadam…..


  • RSS