kraina-deszczowcow blog

Twój nowy blog

Mam ci ja szcęście do dentystów ale mimo to ciągle sie ich boję jak … Eee bardzo sie boję.
Szłam na kanałowe dzisiaj jak na ścięcie z mokrymi ze strachu dłoniami i duszą na ramieniu niemalże się modląc. A tu Pani kochana nawet zastrzyk ze znieczuleniem robiła na raty.
Swoja drogą, żeby w całym Aberdinowie i we wszystkich „polskich” sklepach nie było NIGDZIE Dentoseptu to jakaś porażka jest. Ranigast jest, Nerosol nawet a dentoseptu niet. Ech życie życie.
Pewnie sobie myślicim, że ten blog ciągnie ostatkami już. Otóż nie. Tylko do tego stopnia nic się nie dzieje. A tak jak Biszop nie potrafię (link obok). Słuchajcie jak Bogackiego toż Mateusz powinien książki pisać! Kto go namówi?
E. Ide sobie póki co. Żegnam ;-)

No bo prosze Państwa jak sie stanie na Barrats to jak by się na Bazarze Różyckiego znalazło. Ludzie tacy sami (more or less) tylko język inny. Moja siostra sis (zaadoptowana-m jest przez Szkocką rodzinę bez reszty) i ja pohulałysmy sobie w sobotę tu i tam we dwie. Zostawiłam bowiem dzieciątko na całe sześć godzin z tatusiem iiii… NIC!! obaj happy jak prosięta w deszcz. Ja też z resztą bo owa siostra sis pomogła mi nakupowac nowych ubranek i przy okazji zrobiła mi mental and fashion make over. Nop. Mój mąż spadł z kanapy. Literalnie. To co miałam na sobie po powrocie z zakupów i lunchu absolutnie nie było mną. Podobno sam sex. Hmm. legginsy już mi nie straszne. Ani paski na talii grubości wężą pożarowego. Ani Zielone kozaki. no dobra khaki. Ale zielone. A brzuch? JAKI BRZUCH??? Się wciągnął. Jak i reszta głupawych kompleksów.
No to ja wam życzę takiej siostry sis i odwagi Panienki. Czasami warto zmienić styla. Oj warto!…

żadnych, moi mili zmain, siurpryz itepe.
Chociaż nie. Musze wam opowiedziec o kilku fantastycznych osóbkach, które z nienacka sie pojawily w moim najbliższym otoczeniu i dzięki którym mam powtórkę (raczej przypomnienie) rosyjskiego.
dwie Iriny, jedna Natasza, jedna Tatiana i jedna Bajba. Jedna z Kazachstanu, druga rodem z Moskwy, trzecia Mołdawianka (poprawnie chyba odmieniam?) ostatnia Litwinka.
Się porobiło na skutek różnych playgrup oczywiście. No i żeby nie bylo każda z nich włada angielskim oprócz rosyjskiego i własnego, więc jak sie gubię wśród różnych zdrastwujtie i pażausta to mi lekko tłumaczą. I wiecie co? Kawał nieznanego bliżej swiata i kulturki łykam i to z radością, bo dziewczyny sa bardzo otwarte i w ogóle zachwyt. Mnie pociąga chyba ten moment przejścia. Od zimnej ignorancji do szczerej przyjaźni połączonej z ciekawością. Hmm. Tak historycznie rzecz ujmując… A nie. Własnie nie. Właśnie koleżanki i koledzy musimy się tego już chyba pozbyć. Ludzieńki tam też sa ludzie!

A tera… z innej beczki. Dzisiaj nasza trzecia rocznica ślubu i nic. Normalnie nic. Pogratulowac tylko :-)

No bo prosze was jest tak: siedem pięćdziesiąt na koncie do piątku a ja umieram, wyję i skręca mnie z braku cukru w organiźmie. Ciasteczka wyżarte, czekolady wspomnienia i puste miejsce na półeczce, dżem jeszcze jest ale sam bez chleba?… Z chlebem nie chcę bo kolację już jadłwszy. W desperacji zjadły się nawet cukrowe ozdoby do ciast. Wiem I am sad. Very sad actually…
Mąkę mam (chlebową więcej). Cuker też oraz miód. Masła ociupinę liryczną… Moze cos zrobię.
O! Kogiel -mogiel. 
Kawę z rumem i miodem.
Opcji jest kilka. 
Na razie jednak zapycham cukrzanego głoda owocami. 
Papier papier papierówka. Błe.
Rady jakieś?

Jak się u-nie-zależnić od słodyczy?!
 

to się i czasem wymodli. Właśnie po kilku latach czekania na szansę zabieramy się za livingroom. Drę tapete aż iskry idą na lamperię warczę i zbieram na nią wsobnie wściekłość. Będę wreszcie to gówno (sorry za słownik ale się uzbierało) odrywać. I będzie czysto i przestrzennie i bialo. I żeby mój protestujący mężon skisł będę miała ZIELONY dywan i białe ściany a na scianach moje makro-foty i Japoński Mostek (reprodukcja Moneta) dużego formatu. Juuupiiii!!! acha i żadnych prosze was zasłonek, firaneczek i innych kurzołapów. Rzymskie blindsy alibo i rolety. Tak mi dopomóz óg i partia nasza.
Wczoraj w B&Q wydałam tyle że jeszcze mam palpitacje ale-m szczę-sliwa!
Dziecek ma urodziny wkrótce i jak się należało spodziewać prezenta już dostał… Tatus nie strzymał. No i dostanie w dniu urodzin
(siódmego) co najwyżej tort i dwie swieczuchny. I torbę łakoci. I całusy. Mamunia też prezenty dostala urodzinowe wcześniej bo je sobie sama wybrała i kupiła. Żadnych znaczy głupich niespodziewajek i dziesiatego falkonu perfum. Nawet z Lancome. Nie. Tusz sobie kupiwszy i książkę internetem. Idzie. Maja dwa tygodnie na realizację. Może dojdzie na czas…. mają jeszcze trzy dniiii…
Lwy jestesmy wszystkie trzy więs i mężon urodziny ma tez i terz sobie sam kupił cuś tam. Ode mła dostał zapalniczkę zippo (z polska flagą) wieeem wiochę robię ale on jak wiecie nas nie wiem za co kocha. Niezmiennie. No to ma. I nie bedzie mi latal wsciekle po mieszkaniu o północy bo mu się
a. zapalniczka zgubiła (upuścil pod fotel)
b. gaz skończył 9zapasu pilnuje i ma tylko trzeba odwlok ruszyc w wyżej wymienionego fotela)
c. powyrzucałam mu wszystkie i nie może karmić nałogu.
Pfff. No to ma.

A ja mam radochę, raz na jakiś czas. Podobno częściej mi sie micha cieszy.

choc mi się na usta pcha. Skomentowałam na facebooku i niech to będzie wszystko co na wiadomy temat powiem. Poz tym z zasady nie rozmawiam o polityce z Przyjaciółmi. Bo się tak właśnie przyjaciół traci (szczególnie przy rozbieżnych poglądach). I od razu odpowiem na to pytanie: NIE, nie boję się głosić moich przekonań.

Ech. W życiu jakos mi się toczy powoli raz z nadzieją raz z gorzkim smakiem porażki w ustach. Normalnie.
Dla zmiany tematu powiem jak dzisiaj odkryłam amerykę.
O gotowaniu będzie.

Kupiłam otóż Pork belly slices (pomyliłam się bo chciałam żeberka). No i tu przy odkryciu pomyłki poraziło mnie:
a. rozmiar głupoty lub roztargnienia. (Mojego rzecz jasna)
b. całkowity brak pojęcia co mam z tym czymś zrobić.
No to zrobiłam tak jak miałam zrobić żeberka iiiii!!…. WYSZŁO

A po kolei to było tak:
Obtoczyłam je w mące i podsmażyłam na patelni na zwykłym oleju. Tego oleju radzę troszeńkę bo mięso samo w sobie jest tłuste przeraźliwie. A! mięsa był kilogram.
Pokroiłam trzy cebule i podsmażyłam na złoto na tym samym tłuszczu.
I teraz tak. W naczynie żaroodporne na sam spód wlewamy dwie duze łyżki miodu. Na to puree pomidorowe jakieś 4 łyżki, tez duże.
Posypujemy rozmarynem najlepiej świeżym, dodajemy pieprz ziarnisty tak od serca i ziele angielskie kilka ziarenek. Połowę porcji mięsa układamy na dnie naczynia, nakrywając to poduszką z cebuli i na to nastęna porcja, najlepiej na krzyż. Zalewamy wszystko wywarem (kostka knorra – pork na pół litra goracej wody) . Gdzieniegdzie wtykamy w to trzy ząbki czosnku i pół słodkiego, obranego jabłka. Przykrywamy.
Wkładamy do nagrzanego piekarnika (200 stopni) i po kilku minutach przełączamy na 160 stopni. Ma się bulgotać półtorej godziny. Jak się mięso udusi wyciągamy je z sosu i kładziemy na talerz dla zrelaksowania a sos zagęszczamy mąką ziemniaczaną. Potem łączymy wszystko spowrotem i jeszcze przez kilka minut trzymamy na bardzo małym ogniu.
Podawać z ryżem.

Palce lizać. Jest gdzieś w przepisach w archiwum przepis na żeberka robione troche podobnie.
No. To smacznego. :-)

A pamiętacie?

Edyta Geppert

Zamiast

Ty, Panie tyle czasu masz,
Mieszkanie w chmurach i błękice,
A ja na głowie mnóstwo spraw
I na to wszystko jedno życie.
A skoro wszystko lepiej wiesz,
Bo patrzysz na nas z lotu ptaka,
To powiedz czemu tak mi jest,
Że czasem tylko siąść i płakać.
Ja się nie skarżę na swój los,
Potulna jestem jak baranek
I tylko mam nadzieję że,
Że chyba wiesz co robić Panie?

Ile mam grzechów, któż to wie,
A do liczenia nie mam głowy,
Wszystkie darujesz mi i tak,
Nie jesteś przecież drobiazgowy.
Lecz czemu mnie do niebios bram,
Prowadzisz drogą taką krętą
I czemu wciąż doświadczasz tak,
Jak gdybyś chciał uczynić świętym.
Nie chcę się skarżyć na swój los,
Nie proszę więcej niż dać możesz
I ciągle mam nadzieję, że,
Że chyba wiesz co robisz Boże?

To życie minie jak zły sen,
Jak tragifarsa, komediodramat,
A gdy się zbudzę, westchnę cóż,
To wszystko było chyba zamiast.
Lecz póki co w zamęcie trwam,
Licze na palcach lata szare
I tylko czasem przemknie myśl,
Przecież nie jestem tu za kare.
Dziś czuje się jak mrówka,
Gdy jakiś but tratuje jej mrowisko.
Czemu mi dałeś wiare w cud
A potem odebrałeś wszystko.
Nie chcę się skarżyć na swój los,
Choć wiem jak będzie jutro rano,
Tyle powiedzieć chciałam Ci,
Zamiast pacierza na dobranoc.

No. To dobranoc…

Szkocja juz dawno udusiłaby się w oparach fish and chips. Albo absurdu.
Albo wszechobecny haar rozwałkowałby nas na naleśniki. A i tak nam daleko do takich Norwegów. 
A wiecie, że co spotkam Norwega to jest przystojny jak trzy cholery i duuuży? Z resztą to się też tyczy tutejszych gliniarzy. Piękni są.
Nop. Pomarzyć. Widow shopping to sie nazywa.
No. To leje strasznie trzeci dzień. A zupa na zwłokach owieczki zdała egzamin. Rozgrzewa.
Dawno nie było kuchni na blogu to ja wam zaserwuję dzisiaj Mutton Broth.

Idziemy do sklepu. Do Lidla. Taniej. :-)
Kupujemy Broth mix i Lamb chops (tanie, bo drogich i lepszych szkoda na zupę)
Kupujemy warzywa jak na rosół i czosnek.

I tak: wrzucamy lambinkę do gara i zalewamy wrzątkiem. Ostrzegam tych nie lubiacych owieczek, że zapach pojawia sie TERAZ. I nie, NIE śmierdzi.
Teraz wrzucamy dwie garście broth mix, Liść laurowy (bay leaves jakby co), pieprz ziarnisty i ziele angielskie. Można dorzucić JEDNĄ kostkę rosołku z baraniny.
NIE solić jeszcze!…
Kroimy warzywa w kosteczkę (marchłewka, por, rzepa, pietrucha, cebula, kartofle, czosnek, i co nam wpadnie w rękę) i wrzucamy do wywaru. Niech was ręka Boska broni zbierać białko z zupy.
Gotujemy to tak ze dwie godziny mocno. Solimy na końcu najlepiej Kucharkiem albo wegetą. Łycha stołowa starcza.

Potem to się je na dwa razy: najpierw wyławiamy zwłoki lambinki i pożeramy z chamskim, zwykłym chrzanem i czymś zimnym do picia (alkohol wskazany acz NIE konieczny)
Potem jemy zupkę.

Potem dopijamy reszte napoju i czem pędzej wykonujemy unik w stronę nagrzanego łóżeczka. Cudo jeśli chodzi o ciepły relaksik podpierzynowy.
To Pa. idę spać mlaszcząc i wiążąc sadełko.

Wróciliśmy. Cieszę się, że wrócilismy. Mężon wrócił chory (zaraził się od mojej siostry) Maćko wrócił lepszy (nie jadł i wymiotował w kółko) Ja choruję dusznie iii. Nie. Jednak nie lubię Londynu. Głośno w centrum na poziomie krzyku, brudno że się przykleić można. I to ma byc druga stolica cywilizacji (po tej tam amerykanckiej…) Nie. Highlighty były. Anna Maria Jopek była wspaniała. Głos dzwoneczkowo-świergolący doskonały na duszę. Kibel w Teatrze na poziomie Dworca w Koluszkach. Natomiast Londońskie ZOO nie umywa się do takiego wrocławskiego. Nic a nic. Jako zestersowana mamuśka wystepowałam i wcale nie odpoczęłam. Dziecek nie pozwolił na spółkę z naprawde głupimi naszymi podróżnymi przypadłościami. No tak: Haineyowie + podróże = disaster.
Następnym razem jedziemy:
a. blisko czyli w Szkocję (dopiero w Angli się poczułam jak zagraniczny turysta)
b. naszym samochodem (przynajmniej Maćko w nim nie przejawia symptomów choroby lokomocyjnej)
c. na krócej.

Ale i tak Rodzinkę mam kochaną. Dziękujemy na forumie. Cmokamy prywatnie. :-*

Nie ma takiego miasta! jest Lądek Lądek Zdrój!
Młodzieży wyjaśnie że to z „Misia”.
Jadymy pojutrze na całe sześć dni. Odpocznę, nabiorę dystansu, przestanę się wściekać i rzucać jak ryba na piasku.
Kasik moja siostra-sister nabyła drogą kupna bilety na koncert imć pani Jopkowej. Idziemy tylko we dwie. Same. Samopas również oraz nie zamierzamy wrócić z miasta wcześniej niż bladym i zawianym świtem. Tak mi dopomóż Bóg i partia nasza!
A potem już mogę kolejne poł roku siedzieć w domu.
Lato jest, ładujemy baterie aż Misiek piegów dostał.
Swoją drogą to jest niuesprawiedliwe: Oni we dwa brodzili pare dni temu w Morzu Północnym po kolana i po pieluchę a ja po tym wszystkim dorobiłam się przeziębienia. Szlag!
Szkockie Morsy i Polska Mimoza co jej zimno jak jest poniżej 20 stopni. Pff
:-)


  • RSS