kraina-deszczowcow blog

Twój nowy blog

Wpisy z tagiem: o-domu

Aromatoterapia

1 komentarz

działa. Stwierdzam na przykładzie własnym. Otóż ja sobie robię dobrze perfumami Lancome: Hypnose. Żeby nie wiem jaka była pogoda i jakbym się czuła to one działają. Humor mi się poprawia z miejsca, obłoczek spokojności i uśmiechu.
Też takie macie? I co i kiedy używacie?
Niedawno odkryłam na nowo lawendę (poprzedni wpis)
Rozpylam po pokojach i mi sie robi lepiej.

znowu gorączka pod niebo i znowu bez powodu oraz innych symptomów.
Jak nie urok to przemarsz wojsk radzieckich.
echhh. Musicie mi wybaczyć, że tak niewiele notek udaje mi się napisać. Mam urwanie wiadomo czego. W Galerii nowe foty.
Powiedzcie co sądzicie.

Wiecie co? czadowo wygląda ojciec 1.90m i synek 0.86m przewalajacy się na trawce w parku usiłując grać w football. Przecudownie potem wyglądają portki obu. I twarze i ręce i zęby coponiektórych, po bliskich spotkaniach z guntem. Fajnie potem jak się we dwóch myją w jednej dość małej wannie, szczególnie jak się maluś myje sam i na hasło szur-szur sam sobie myję ząbki. Potem się czesze grzebieniem i potem tenże grzebień wplątuje we włosy tatulkowi. Prosiak i Knur w błocie, szczęśliwi.
Maćko idąc do wyrka podśpiewuje fałszywie a tatulek pada na fotel i zastyga w pozycji: jeszcze mrugnę tylko i padnę…
Mały ma 13 miesięcy i już się boję, bo jak on tak łapie w lot to ja przepraszam.
Moja kolesianka (machamy do Ewuni i Majeczki) mówi że jej córeńka za nią krok w krok chodzi. HA!!!!…..
Ja latam za Maćkiem z wywieszonym ozorem pilnując tylko, żeby moze bawil się rzeczami dla niego bezpiecznymi. Bo wiadomo: najlepsza zabawka to taka od której trzymania w rączkach, względnie w buzi, blednie mamunia.
Bawimy się w dom.
A życie płynie banalnie tik-tak.

Staram się

2 komentarzy

znosić to spokojnie i bez paniki. Ale jak mi zaczyna zwracać obiadek to mi się pulpit na czerwono jarzy. No to dzwonie do doktora. No to on do mnie, że by chciał Maciejkę obadać. No to jadę z propelerem i duszą na ramieniu. A co się okazuje? Zwyczajny wirusik, maleńki taki trzydniowy popierdółek. Osiwieje jak rany osiwieję.

Tak to jest mieć dzieci. Niektórzy wolą psy, nie dziwię się. :-)

Poza tym lato wróciło (zyg zyg Lakoma :-) i jest fajnie, ciepełko i słonecznie. Oby tak dalej.
Hej poradżcie co na drewnianą rocznicę ślubnemu zakupić, bo mAM PROBLEM?
Na papierową dostał bilet na mecz.
Wałek mu kupię….

Maćko ma gorączkę z niczego. Ma po prostu i koniec. Nagle.
A już było dobrze. Chwaliłam się dzisiaj mężonowi, że otóż zaczyna mi się podobać na matkowym. Mamy swoją małą rutynkę, małe śpiki ppołudniowe, spacerki i porozumiewawcze spojrzenia. A tak. Bo Maćko swój rozumek ma oraz jest bestia inteligentna. Gadamy do siebie w jakimś języku, gestami i monosylabami. Kurcze i to wystarcza żeby WIEDZIEĆ.
A teraz jestem jak normalna mamunia wystraszona i co pół godziny latam mu ta temperaturę mierzyć. No spada. No ale mam wyrzuta, że a to ;
1. ubieram go za cieplo
2. wcale go nie ubieram i mu zimno
3. nawiało mu w uszy (przeca mu postawiłam budkę!!!)
4. latam z nim na różne place zabaw i tak sie zaraża. (a co mam go w czterech scianach chować?!)
i tak w kółko. Jak to mamunia.
A Tamcio co prawda lata za mną do jego pokoju ale uspokaja.
Twardy jest znaczy.

Pisze się. Coś się we mnie długiego międli, coś świerzbi w trzewiach coś kiełkuje i rodzi. tylko czas czas!!!!!
Jesssu jak ja bym chciała mieć czas żeby usiąść i pisać…

Bardzo bym chcała was rozweselić i napisać coś na poprawe humoru, ale jakos nie moge. Przedwczoraj mielismy w rodzinie pogrzeb… dziecka. Maluśkiego maciupkiego. Wcześniak, jego brat bliźniak walczy.
Tyle myśli się nasuwa, tyle niewypowiedzianych uczuć.
W całym tym nieszczęsciu zdołałam poznać całą moją tutejsza rodzinę. Dosłownie całą. Zostałam przyjęta fantastycznie i bardzo ciepło, co przy takiej okazji liczy się potrójnie.
Maciej rozrabia i lata po chacie jak pijany pingwin. Oraz gada do siebie.
Oraz idziemy dzisiaj porozrabiać na specjalny plac zabaw (taki konkretnie bonkers)
Póki co się wścieka i tarza po dywanie. Nie daje mamunia mu powalić w klawiature. To sie wścieka i ryczy. No to niech poleży.
Może uśnie jak mu przejdzie :-)

A to na pocieszenie:
http://www.youtube.com/watch?v=nBgE2jOgJYc

Jakoś mi było ciężko po powrocie znowu poczuć się w domu. Jednak u rodziców jest najprzytulniej i beztrosko i ciepło. Pomimo koszmarnego powrotu: spóźnilismy się na samolot (jakiś potworny wypadek w Polsce i straszny korek na Autobanie w Niemczech), bankructwo z powodu last-minute biletów na samolot i pociąg (lądowanie było w Glasgow), zostawienia w taksówce plecaka z moim świętym aparatem (później się znalazł bo kierowca był uczciwy i w ogóle kochany) zalania sąsiadów rozmrożoną lodówką (potem się okazało, że to jednak nie my tylko rura w ścianie) i w ogóle katorgi wróciliśmy i zyjemy. Po tygodniu jestem w stanie o tym rozmawiać bez czkawki.
Anyway znowu jestem u siebie, tyle, że tęsknię nieprzytomnie.

Maćko chodzi bez trzymanki oraz dokonuje sztuk rozlicznych i śmiesznych przy tym, pocieszek jeden.
Sąsiedzi nam się jedni wyprowadzili i teraz polujemy na tych co sie wprowadzili coby się poznać i zakumplować skoro taka na skwerze tradycja. wymyśliłam street lunch na przywitanie jesieni i czekam na odzew reszty towarzystwa (dwie sąsiadki już ostrza sobie zeby na popisy kulinarne) ja mam im zrobić bigos i ciasteczka kruche. Bigos bo się pytały co się robi z sauerkraut, bo w sklepie widziały ale nie wiedzą po co to i na co komu zgniła kapucha, a ciasteczka kruche bo co roku na święta piekę ich potworną ilość dla dzieciaków z sąsiedztwa i teraz dorośli sobie zyczą też. No mam nadzieję, że wypali.

Przeczytałam Moniki Szwai „Gosposię prawie do wszystkiego” i z serca polecam zestersowanym. Zblazy i smuty wieją gdzie pieprz rośnie!

Co słychać u was?

Maciuś zrobił samodzielnie pierwsze kroki. Wzruszające jak ten berbeć jest zdeterminowany, żeby już samemu biegać, urawć się mamusi i w długą poznawać świat.
He he.
Babcia z Dziadkiem padną jak muchy. Maćko ma juz wszystkich w kieszeni.
cztery dni i plaża.
zazdrościcie już :-)))

Nie pisałam bo Maćko sie mi strasznie rozchorował. Mysleliśmy, że na świńska grypę ale na szczęście był to „tylko”  jakiś wirus żołądkowy. Dzieciak miał prawie czterdziestostopniową gorączkę i inne okropne sensacje, zaliczył karetkę, szpital, GP dwa razy i G-doctora raz. I żadnych leków oprócz calpolu i ibuprofenu!!!! Nie dali bo nie mają lekarstwa albo nie wiadomo im było jaki antybiotyk… Ktoś powinien spalić NHS. Ja nie mówię, że w Polsce lepiej (bo tak go by pewnie szpikowali czym się da) ale do cholery…
Szczękościsk miałam pięć dni.
Przeszlo mu. Je juz normalnie, bawi się i rozrabia. A ja mam jego pierwsza poważniejszą chorobę za sobą i choć wiem że nie ostatnią to coś mi się robi na myśl o następnych nieuniknionych.

Jeszcze 10 dni i jedziemy na wakację i to mnie trzyma przy życiu. Muszę odpocząć bo zwariuję.

No bo tak: mąż-wąż ma wolne dwa dni. Oraz dziecko mi szaleje. A to tarzaja się w trawie w poszukiwaniu stokrotek do wyrwania z korzeniami, a to całują z przygodnymi końmi w Hazelheadzie, a to z piesami typu basset (z nagła – w ramach fascynacji nowymi zwierzami) się przytulają. Zdjęcia w galerii będą jutro.
Potem dzieć nie chce spać za nic (nawet za dodatkową porcją mleka) i tak o. Walczę z rozpustą i robię za złego glinę.

A teraz będzie bardzo brzydko. dzieci nie słuchają!
W krzyżówce mam -Matka do mnie nasuwa przez skypa- jak nazywa się laska Dionizosa?
Penis… (rezolutnie odparłam)
Nie! na cztery litery!!!
Ch…
a nie, ja pomyslałam fiut….

A teraz prosze kogoś enteligentnego o podpowiedź coby matke naprostować.

P.S. Megunia dzięki za kopnięcie w tyłek. Wiesz o co. :-*


  • RSS