Szkocja juz dawno udusiłaby się w oparach fish and chips. Albo absurdu.
Albo wszechobecny haar rozwałkowałby nas na naleśniki. A i tak nam daleko do takich Norwegów. 
A wiecie, że co spotkam Norwega to jest przystojny jak trzy cholery i duuuży? Z resztą to się też tyczy tutejszych gliniarzy. Piękni są.
Nop. Pomarzyć. Widow shopping to sie nazywa.
No. To leje strasznie trzeci dzień. A zupa na zwłokach owieczki zdała egzamin. Rozgrzewa.
Dawno nie było kuchni na blogu to ja wam zaserwuję dzisiaj Mutton Broth.

Idziemy do sklepu. Do Lidla. Taniej. :-)
Kupujemy Broth mix i Lamb chops (tanie, bo drogich i lepszych szkoda na zupę)
Kupujemy warzywa jak na rosół i czosnek.

I tak: wrzucamy lambinkę do gara i zalewamy wrzątkiem. Ostrzegam tych nie lubiacych owieczek, że zapach pojawia sie TERAZ. I nie, NIE śmierdzi.
Teraz wrzucamy dwie garście broth mix, Liść laurowy (bay leaves jakby co), pieprz ziarnisty i ziele angielskie. Można dorzucić JEDNĄ kostkę rosołku z baraniny.
NIE solić jeszcze!…
Kroimy warzywa w kosteczkę (marchłewka, por, rzepa, pietrucha, cebula, kartofle, czosnek, i co nam wpadnie w rękę) i wrzucamy do wywaru. Niech was ręka Boska broni zbierać białko z zupy.
Gotujemy to tak ze dwie godziny mocno. Solimy na końcu najlepiej Kucharkiem albo wegetą. Łycha stołowa starcza.

Potem to się je na dwa razy: najpierw wyławiamy zwłoki lambinki i pożeramy z chamskim, zwykłym chrzanem i czymś zimnym do picia (alkohol wskazany acz NIE konieczny)
Potem jemy zupkę.

Potem dopijamy reszte napoju i czem pędzej wykonujemy unik w stronę nagrzanego łóżeczka. Cudo jeśli chodzi o ciepły relaksik podpierzynowy.
To Pa. idę spać mlaszcząc i wiążąc sadełko.