Postanowiłam sie nie zamykać w ścianach chatynki z Maciejką i wyjść do ludzi. Powiem szczerze że jednak dobrze mi zrobił ten miesiąc swoistego odosobnienia i całkowitego poświecenia się synkowi bo jesli to jest możliwe poznalam go tak jak mama znać powinna, już bez mojej mamy, która jak dobry Anioł slużyła pomocą, rada i parą rąk zastępując mnie kiedy byłam w pracy.
I tak bylo czasami bardzo trudno, czasami ze łzami w oczach, czasami z łamaniem rąk. W większości czasu jednak czule i blisko, wesoło i wzruszająco. Nasza mała trzyosobowa rodzinka jest sobie teraz bliższa niż kiedykolwiek, subtelniejsza i ciepła. Tyle dobrych uczuć w naszym domku mieszka, tyle zrozumienia i miłości takiej czystej, dziecięcej.
Poznałam ostatnio dwie przesympatyczne osoby: Sylwię i Dorotę z ich maluchami. Podchodziłam do pomysłu wyjscia do innych mam z lekką obawą i troszkę z rezerwą i nieslusznie.
Rozmawiamy o dzieciach, pieluchach i kupkach i nikogo to nie dziwi i nie odstręcza. Nie musimy ważyc tematów i usiłować nie być nudnymi bo monotematycznymi. Z resztą nie jesteśmy.
Fajnie się otworzyć. Znowu szeroko otworzyć drzwi i oddychać nowym i na coś czekać: na spacery, na kawę w Nero, na play grupę, na słoneczny dzień.
Dziekuje Wam dziewczęta!

Dzisiaj zimuję bo złapałam przeziębienie, Maciek kuruje się z dermatitis i ząbkuje. Pan mąż pracuje ale ze śpiewem na ustach. i tak mija sobota. A jutro Niedziela i znowu tylko we troje. Hmm super :-)